#przeczytane w czerwcu

Wiem, że to niezbyt ekologiczne podejście, ale preferuję jednak książki w formacie papierowym, a nie elektronicznym. Nie muszę każdej kupić, uwielbiam biblioteki. W sumie dawno już nie byłam nic wypożyczyć. Całkiem niedawno zaś otrzymałam trzy egzemplarze do recenzji (od wydawnictwa Muza i wydawnictwa Galaktyka). Najbardziej zadowolona jestem z książki z przepisami, bo na coś takiego czekałam. Ale o tym poniżej 😉

 

Rosalba Gioffre – Vegano italiano

Kuchnia włoska w wydawniu wegańskim? Brzmi jak marzenie. I tak jest w rzeczywistości. Przepisy nie są skomplikowane, a pyszne. Mamy podział na pory roku i warzywa/owoce w ich trakcie dostępne – to dla mnie kolejny plus, uwielbiam kuchnię sezonową. Odniosłam również wrażenie, że większość składników jest ogólnodostępna. Dużo przepisów zawiera moje ukochane warzywa – takie jak ziemniaki czy pomidory. Do tego bób, gluten i oliwa – tak można żyć 😀 Nie mogę tutaj być specjalnie obiektywna, bo kocham kuchnię włoską 🙂

Książka została bardzo ładnie wydana i zawiera piękne zdjęcia.

 

Jason Fung, Jimmy Moore – Głodówka krok po kroku

Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej pozycji – głównie dlatego, że kocham jeść 🙂 Okazało się natomiast, że głodówka niejedno ma imię, i to, że robię przerwę od jedzenia między kolacją a śniadaniem to już ma dobroczynny wpływ na moje ciało. Będę na pewno stosować 12-godzinny post właśnie w tych godzinach, może uda się go nawet wydłużyć do 16 godzin. Oczywiście, autorzy reklamują głodówkę jako remedium na każdą chorobę. Zgadzam się jednak, że jest to sposób leczenia dobry dla prawie każdego i warto próbować.

Nie do końca jestem przekonana do diety ketogenicznej, którą autorzy również zachwalają. Jest ona oparta głównie na produktach odzwierzęcych. Można stosować keto w wersji wegan (duuużo orzechów, robienie z nich serów itp., awokado i inne), ale brzmi to dla mnie dość monotematycznie mimo wszystko.

Urszula Mijakowska – Projekt młodość

Przyznam się, że z tą książką wiązałam duże nadzieje i niestety się zawiodłam. Być może jest to związane z faktem, że książka jest kierowana raczej do osób początkujących w temacie dbania o siebie i swoje zdrowie. Posiadam już pewną wiedzę i dużo fragmentów uderzało mnie taką banalnością i oczywistością. Wszystko jest możliwe…

Znajdziecie w niej dużo przydatnych informacji i porad. Są także przepisy na domowej roboty kosmetyki. To bardzo na plus. Zaskoczył mnie natomiast tytuł zawierający słowo “młodość”, podczas gdy wszystkie wskazówki tak naprawdę tyczą się zachowania zdrowia, młodość to przecież skutek uboczny. Zresztą, rzecz, która mnie denerwuje w tej książce to nadmierna gloryfikacja młodość i łączenie starości z samymi negatywnymi przymiotnikami.

Mimo całej tej krytyki uważam, że książka jest dobra dla osób kompletnie zielonych w temacie dbania o siebie.

CSSconfEU & JSconfEU 2018 – jak było?

Wracam po dłuższej przerwie. Dużo się działo. A ja po prostu, zwyczajnie, nie miałam weny do pisania postów. Pojawiło się parę tematów w międzyczasie, o których na pewno chciałabym napisać. Zaczynamy od mini relacji z konferencji programistycznej, na której miałam przyjemność być na początku czerwca.

IT i Berlin – czy może być lepsze połączenie? Ano właśnie. Na  CSSconf EU and JSconf EU znalazłam się dlatego, bo parę miesięcy wcześniej zaaplikowałam o stypendium. Zagraniczne konferencje są dość drogie – tutaj jeden dzień kosztował ok 400 euro. Na początku maja dostałam info, że niestety się nie dostałam, a jakiś tydzień czy dwa później organizatorzy napisali, że jednak mają dla mnie miejsce. Niezwykle mnie to ucieszyło i szybko ogarnęłam sobie dojazd, urlop na piątek i nocleg. Wyjazd po kosztach, jak to u mnie zazwyczaj – przejazd nocą Polskim Busem w obie strony i nocleg w hostelu St Christopher’s Inn. Planowałam Couchsurfing, ale niestety nie wypaliło. Na szczęście prowadząc firmę, mogę dojazd i nocleg wpisać w koszty 🙂

Całość odbywała się w Arena Berlin, pięknym, industrialnym budynku położonym nad rzeką Szprewa, niedaleko Treptower Park. Klimat świetny, choć brak klimatyzacji dokuczał (przez weekend było około 30 stopni dzień w dzień). Tak czy inaczej zachwycałam się architekturą Berlina jak zwykle, nieustannie. Zaraz obok znajduje się też miejski basen – położony na (!) rzece. Genialne rozwiązanie.

Konferencja została przygotowana z rozmachem, zwłaszcza część poświęcona językowi JavaScript. Wielkie otwarcie, muzyka na żywo naprawdę zrobiły wrażenie. Dodatkowo, masa różnego rodzaju freebiesów, kawa i napoje chłodzące w nielimitowanej ilości, oraz przepyszny wegetariańsko-wegański bufet (śniadania, lunche, przekąski i kolacje). Czułam się bardzo rozpieszczona 🙂

Miałam przyjemność rozmawiać z kilkunastoma osobami z całego świata. Bo musicie wiedzieć, że na konferencję pojechałam sama – nie znałam tam totalnie nikogo. Ale już w piątek rano poznałam pierwszą nową osobę przy kawie 😉 Ogólnie towarzystwo niezwykle sympatyczne, uśmiechnięte i otwarte. Mocno zróżnicowane, mocno multikulti. Były nawet dziewczyny z Korei Południowej i Australii, choć najwięcej osób oczywiście z Europy. Wśród prelegentów natomiast dużo osób z USA.

Z rzeczy, które zapamiętam na pewno, to kobiety mówiące tak niskim głosem, że gdybym ich nie widziała, to pomyślałabym, że to mężczyźni, toalety “all genders” i genialne prelekcje. Chyba najbardziej w pamięć zapadły mi te poniżej:

  • Ryan Dahl – 10 things I regret about Node.js – twórca node.js mówił o tym, co wg niego mógł zrobić lepiej, projektując node’a – a co było totalną porażką (np. index.js :D, czy node modules). Było to bardzo ciekawe – poznać spojrzenie twórcy na swoje dzieło. Zobaczcie całość tutaj
  • Katie Fenn – Securing your site like it’s 1999 – zabawny wykład na temat tego, jak kiedyś traktowano zabezpieczenia strony i jak można było hakować Internet. Pouczające 🙂
  • Charlie Gerard – Look mum, no hands! – o tym, jak można korzystać z komputera za pomocą mimiki i komend wydawanych w myślach.
  • Tara Vancil – Imagine this: a web without servers – czyli o sieci p2p. Tara razem z dwójką innych osób stworzyła bezserwerową przeglądarkę – Beaker
  • Remy Sharp – Using a modern web to recreate 1980s horribly slow and loud loading screens – ostatnia prelekcja, która zamykała konferencję. Wzorując się na grach z lat 80, autor stworzył narzędzie. które umożliwiło mu niesamowitą zabawę ze zdjęciami.

 

Ogólnie bardzo mi się podobało i z wielką przyjemnością wrócę za rok 🙂 Link do strony konfy

Lifebook #13

Dziwny był ten miesiąc. Zaczął się bardzo dobrze, a skończył zaskakująco (słowo-klucz) źle. Przeprowadzka do Szczecina jak na razie zawieszona w czasie i przestrzeni, a ja próbuję się odnaleźć w nowej, nieplanowanej dla mnie rzeczywistości ;).

Z drugiej strony, mogę nieco dłużej nacieszyć się Zatoką Gdańską i plażą. Nie muszę też stresować mojego kota 2-tygodniowymi wakacjami w zupełnie obcym miejscu. Do celów przeprowadzkowych pozbyłam się ogromnej ilości rzeczy, więc to mam już z głowy. Witaj minimalizmie 🙂

Dużo jest niewiadomych w obecnej sytuacji. Dodatkowo, w tym momencie planuję się skupić na sobie. Wracam do regularnych ćwiczeń (kupiłam nawet 12kg kettlebella :D), od paru tygodni udaje mi się codziennie rano ćwiczyć jogę. W styczniu odżywiałam się naprawdę kiepsko, więc chcę teraz trochę więcej pogotować i zwyczajnie o siebie zadbać.

Pracuję nad paroma nawykami od jakiegoś czasu. Jak wcześniej wspominałam, rano ćwiczę jogę (i robię 50 przysiadów). Po pracy idę na spacer, żeby dać oczom odpoczynek od kompa. Jem B12 i witaminę D. Chciałabym jeszcze wrócić do czytania książek, bo dawno tego nie robiłam, i regularnej nauki/rozwoju. Kupiłam sobie też karty do tarota i powoli się uczę.

Co poza tym działo się w styczniu? Spotkałam się ze znajomymi z byłej pracy, znajomymi z obecnej pracy (i to nawet dwa razy :D), byłam na TOGu w Wydziale Remontowym (ale było słabo muzycznie, przyznam). Widziałam się z ziomalkami z GG dwa razy, skutkiem czego był brzuch bolący od śmiechu i mniej rzeczy. Kupiłam sobie nowego drippera i znowu piję pyszną kawę <3. To tak w skrócie, reszta na zdjęciach, zapraszam 🙂

Bukiecik, który kupiłam od pani w przejściu podziemnym późnym wieczorem

Kitku z naciągniętą głową, kocham ją <3

Piękny obraz, który możecie znaleźć w Klatce B w Gdańsku. Dobre jedzenie, polecam 😉

Cappuccino z mlekiem kokosowym w Costa Coffee – od dziś biorę tylko takie <3

Krokiety ze szpinakiem, suszonymi pomidorami, pieczarkami i tofu-fetą w Avocado, dowód na to, że zweganizować można wszystko 🙂

Nienawidzę stycznia i lutego – szaro, buro i zimno. Kolorowe paznokcie powinny trochę ożywić 😉

Znowu Avocado, tym razem quesadilla w dostawie. To chyba moje ulubione danie 🙂

Zaskoczenie, wegańska szarlotka w Starbucks. Oby był to dopiero początek roślinnych opcji 🙂

Upolowane w Rossmannie – czekolada Super Krówka i kanapka z hummusem od Wasa. Ekstra!

W styczniu mieliśmy zimę w Gdańsku. Było pięknie 🙂

Lifebook #11 i #12

Kiedyś, na pewnym szkoleniu w Krakowie usłyszałam hasło, które chyba mogę nazwać moim motto: Brak zmian to śmierć. Kocham zmiany. Pławię się w nich niczym ryba w wodzie. Często są one u mnie z premedytacją wprowadzane w życie, ale czasem to po prostu pójście w tany w losem i wzięcie tego, co mi daje. Przede wszystkim jednak, od mniej więcej dwóch lat bardzo mocno kieruję się swoją intuicją i tak zwanym gut feeling. Bardzo mocno słucham sygnałów płynących z mojego ciała. Dzięki temu w 2016 wyprowadziłam się z Krakowa (po 10 latach) do pięknego Trójmiasta. Nieco wcześniej już, rzuciłam korpo i zaczęłam naukę programowania. W zeszłym roku zakończyłam 8-letni związek, co, jak możecie podejrzewać nie było ani trochę łatwe ani przyjemne.

Rozpoczął się nowy rok i znowu czekają na mnie zmiany. Wyprowadzka z Trójmiasta (Szczecin, a potem Berlin, w końcu!). Jaram się bardzo, choć po wyprowadzce na pewno będzie mi brakować bliskości plaży i trójmiejskiego klimatu (nie wspominając o bliskich mi osobach). Będę tu wracać z pewnością. Planuję także nowe tatuaże (a jakby inaczej!), dużo wyjazdów (na koncerty i nie tylko), powrót do regularnego trybu życia z nawykami, które towarzyszyły mi parę miesięcy temu, zanim zaczęłam żyć miłością :D.

Dwa ostatnie miesiące 2017 roku minęły mi bardzo szybko. W listopadzie poza pracą parę fajnych spotkań, dużo dobrego jedzenia, nowy tatuaż (dzięki, Ula!).

Cała reszta na zdjęciach, zapraszam!

      

Wschód słońca widoczny z mojej kuchni 🙂

Wegańskie rogale świętomarcińskie – przepyszne <3

Kolejny tatuaż (5-ty w 2017 roku), tym razem czaszka i maczki <3

To cudo znalazłam we Fresh Markecie. Słodki jezu, jakie to pyszne.

Ta książka nadal czeka na zrecenzowanie. Bear with me! 😛

Wegańska pizza w Ludovisku. IMO najlepsza w Gdańsku.

Skoro sezon na dynie, to i piwo dyniowe. Dość mocne, dynia słabo wyczuwalna. Chyba drugi raz nie kupię jednak.

Koteł śpi w swoim legowisku. Senny miesiąc.

Koteł śpi w nogach kociego taty, awww.

Oranżada ogórkowa. Brzmi dziwnie? Może. Mi smakuje 🙂

Miłe zaskoczenie – marchewkowo-dyniowe kotleciki z Frosty okazały się niezwykle smaczne. Jaram się i będę kupować.

Be Vege, nie róbcie takich produktów. To obok parówek nawet nie stało 🙁

Falla Gdynia – idźcie tam jeść koniecznie! Sezonowy wrap grzybowy przyprawił mnie parę razy o foodgasm.

Przerobiłam dwie dynie – na zupę, sos do makaronu i na ciasto. Wyszła w sumie głównie zupa 😛

To, że lubię czipsy, wie już chyba każdy. Te “prażone w kotle” są po prostu bardziej chrupiące. Smaczne.

Nazwa dość niefortunna, ale piwo bardzo smaczne. Wyczuwalna czekolada i maliny. Polecam.

Fukafe – ciasta, kawa i cudowne spotkanie z Anią. Dziękuję <3

Avocado Przymorze i wegańska zapiekanka drwala. Omnom

Zachód słońca w Oliwie

Pierwszy raz w życiu poszłam na strzelnicę. Byłam z chłopakami z pracy, jeden z nich ogarnia jak strzelać i był naszym instruktorem. Co ciekawe, czym cięższa broń, tym lepiej mi się z niej strzelało. Hitem okazała się strzelba 😀

Wegańska pizza w Bresno – (chyba) nowootwarta knajpa w Brzeźnie. Bardzo przyjemne zaskoczenie, do tego poznałam smak oliwy truflowej i się w niej zakochałam <3

Selfie na plaży zawsze na propsie.

Zatoka Gdańska w grudniu – prawda, że pięknie?

Zrobiłam sobie mini-prezent na Mikołaja i wzięłam darmową kawę ze Starbucksa (za zebrane gwiazdki) 😀

Odwiedziny w gdańskiej Krowarzywie. Zawsze biorę seitanexa (chyba, że jest topinamburex). Tak w ogóle, to gdzie się podział wegan bekon?!

Byłam drugi raz w kociej kawiarni w Gdańsku. Chodzę tam tylko dla kotów, bo ceny wysokie, i niezbyt vegan-friendly miejsce. Tzn. są ok, bo mają mleko sojowe (dopłata 2 zł…) i czasami zdarza się im ciasto wegańskie. Tyle. Słabo.

Spotkałam się tam z dawno niewidzianą kumpelą, dobrze było pogadać.

30 is the new 20

W tym roku stuknęło mi 30 lat. Tak, ja sama nadal w to nie wierzę, choć czas leci nieubłaganie. Wbrew temu, czego się tak bardzo obawiałam – ludzie nadal jakoś żyją po przekroczeniu trzydziestki. Ba, nie stają się nagle pomarszczonymi, zgorzkniałymi zgredami. Moje obawy były spowodowane tym, że bardzo dobrze mi było w dwudziestoleciu życia i niesamowicie smuciło mnie, że jego kres coraz bliżej. W końcu trzeba by jakoś spoważnieć chyba, co? Okazało się jednak, że wcale nie.

Czułam podświadomie, że rok 2017 – moja trzydziestka – będzie dla mnie wyjątkowy i przełomowy. Traktuję ten czas trochę jak dobry moment na podsumowanie ostatniej dekady mojego życia. Fizycznie nie zmieniłam się jakoś specjalnie – nadal wyglądam tak samo, jak parę lat temu, jedyne co to przybyło mi tatuaży. Dzięki dobrej diecie, genom i odpowiedniej ilości snu wyglądam młodo, regularnie jestem pytana o dowód w sklepie przy kupowaniu piwa – co mnie niezwykle cieszy 😀 Moja niechęć do eleganckich ciuchów też robi swoje, nadal ubieram się jak studentka i tak chyba już zostanie. Podświadomie nie chcę być postrzegana jako dorosła, wolę kiedy mówi się o mnie dziewczyna, a nie kobieta. Czemu tak jest? Nie wiem. Chyba się boję upływu czasu. Zmarszczonej skóry, utraty sił, siwiejacych włosów i wszystkiego tego, co prowadzi nieuchronnie do śmierci.

Co ze zmianami w głowie, w podejściu do życia, w mentalności zatem? Tutaj zadziało się dość dużo, takie mam przynajmniej wrażenie. Lvl 30, więc trochę doświadczenia już się zebrało. Poniżej konkrety 8):

  1. Większa samoakceptacja i pewność siebie. Kompleksy? Bitch, I’m fabolous. Nawet bez makijażu i z bad hair day.
  2. Totalnie nie przejmuję się tym, co ludzie sobie o mnie pomyślą. Niech sobie myślą, mają prawo.
  3. …a co za tym idzie, nie robię niczego wbrew sobie, tylko po to, żeby się komuś przypodobać.
  4. Nie mam problemu z odmawianiem. Z wiekiem zdecydowanie wzrosła moja asertywność. Po prostu szkoda mi czasu na robienie czegoś, na co nie mam ochoty.
  5. Lubię moje ciało w wersji au naturell na tyle, że przez 90% czasu chodzę bez makijażu i stanika.
  6. Nie oznacza to jednak, że przestałam o siebie dbać – nadal regularnie ćwiczę, robię peeling kawowy i jak mam ochotę, to się stroję.
  7. Dobrej jakości sen jest ważniejszy od imprezy do białego rana. Phi, sen jest ważniejszy od czegokolwiek w sumie. I jedzenie też. Doskonale wiem, że odpowiednia ilość snu i fajne jedzenie to coś, za co moje ciało będzie mi wdzięczne.
  8. Każdorazowe pójście spać po północy objawia się tym, że rano czuję się kompletnie z dupy. Nie wspominając już o tym, że nie przesadzam z procentami. Mieliście kiedyś kaca bez alko? Ja takie miewam.
  9. Wiem, jakiej pracy nie chcę. Przerobiłam robotę w gastronomii, korpo i startupach. To, co robię obecnie, jest idealne. Wiem, że pracę zawsze można zmienić, kiedy jest źle lub notorycznie stresująco.
  10. Coraz mniej lubię ludzi. Doceniam pracę zdalną i kontakty przez Internet – jeśli nie mam ochoty z kimś gadać, to po prostu nie odpisuję w danej chwili. Brzmi nerdowsko, wiem.
  11. Imprezy są takie męczące. Jest głośno, wszyscy się przekrzykują i pocą, śmierdzi papierosami, w dodatku pełno obleśnych typów. Piwo i netflix w domu? Poproszę.
  12. Przerobiłam już parę związków. Wiem, jakie popełniam błędy, oraz co mnie cholernie wkurwia w drugiej osobie.
  13. Nie obniżam wymagań wobec facetów. Wolę być sama, niż w kiepskim związku.
  14. Dodatkowo, mam niski poziom tolerancji wobec mężczyzn, którzy nie przystają do moich standardów. Nie chcę sprawiać wrażenia miłej dziewczynki. Nie musicie mnie lubić.
  15. Ufam swojej intuicji, zwłaszcza jeśli idzie o relacje z drugą osobą i poznawanie nowych ludzi.
  16. …dzięki temu całkiem niedawno udało mi się dokonać selekcji idealnej. Mogę podszkolić jeśli trzeba, dziewczyny 😀
  17. Znam swoją wartość i nie pozwalam nikomu myśleć, że może być inaczej.
  18. Wiem, co mnie kręci w życiu i co sprawia mi przyjemność. To staram się robić na co dzień. Muzyka, fajne jedzenie, przyjemna praca, bliska osoba u boku <3.
  19. Ogarnęłam swoją seksualność i jestem jej w pełni świadoma. Wiem, co robi mi dobrze.
  20. Słucham swojego ciała i nie robię nic wbrew jego sygnałom. Tyczy się to snu, jedzenia, używek i ćwiczeń.
  21. Nie staram się utrzymywać z kimś kontaktu na siłę. Wywalam nieużywanych znajomych z fejsa bez skrupułów.
  22. Z drugiej strony, dbam mocno o relacje, które są dla mnie ważne. Odkryłam, że przyjaciele są dla mnie rodziną.
  23. Jestem dla siebie najważniejsza. Najpierw ja, potem wszystko inne. Szczęśliwa ja jest podstawą chociażby udanego związku.
  24. Jakość nad ilość. Tyczy się to praktycznie każdego aspektu życia. Dobra kawa, piwo, żarcie, sprzęt elektroniczny, ciuchy czy relacje. Precz z bylejakością. Niech żyje minimalizm.
  25. Nauczyłam się podejmować odważne decyzje. Rzucenie korpo, czy też zakończenie 8letniego związku który mnie przestał cieszyć to kroki, które wyszły z mojego wnętrza. Po prostu czułam, że muszę to zrobić.
  26. Przeżycia nad gromadzenie rzeczy. Wolę pojechać na koncert, niż kupować gadżety.
  27. Daję sobie prawo do zmiany zdania. Bardzo długo myślałam np., że nie chcę małżeństwa. Ten rok to zweryfikował 😉
  28. Wiem, jak istotna jest dziewczyńska przyjaźń i wsparcie. Tak wiele kobiet ma problemy z poczuciem własnej wartości…
  29. Bliskość z naturą stała się kluczowa. Kiedyś najbardziej chciałam mieszkać w mieście, teraz wystarczy mi domek na zadupiu z dobrą komunikacją z centrum. W lesie czy na plaży się relaksuję i nabieram sił.
  30. Stałam się mistrzynią upraszczania sobie życia. Zakupy przez Internet z dostawą do domu, sprawdzone potrawy w kuchni, ubrania w trzech kolorach (żeby nie było problemu z połączeniem) to tylko parę przykładów.

Doceniam bardzo, że nadal żyję sobie po swojemu. Że dla mnie trzydziestka nie oznacza, że trzeba szybko rodzić dzieci, brać kredyt na mieszkanie czy wychodzić za mąż(choć można :D). Że wbrew konwenansom farbuję włosy na zielono i robię sobie tatuaże, zamiast zakładać garsonkę i pędzić co rano do biura. Że od paru lat czuję, że żyję w zgodzie ze sobą i swoimi poglądami. I przede wszystkim, że jestem szczęśliwa.

 

Lifebook #10 – październik

Październik minął cholernie szybko! Spędziłam jeden cudowny weekend z ukochanym, w kolejny odwiedziła mnie przyjaciółka z rodzinnego Rybnika, miałam przyjemność też spotkać się z inną przyjaciółka – tym razem z Krakowa. Dużo tęskniłam za M.

Rozrywkowo – po raz pierwszy odwiedziłam legendarny chyba sopocki klub Sfinks 700 na imprezie z muzyką synthwave – było baardzo dobrze. Dodatkowo, byłam na świetnym koncercie w klubie Żak – grali Pola Rise i Night Marks. Bardzo moje klimaty.

Ostatni dzień października – dziady/halloween – to już drugi raz z rzędu rewelacyjna impreza w B90 – VHS Helloween. Dwa totalnie najgorsze horrory na świecie z lektorem na żywo – ta kombinacja sprawia, że płakałam ze śmiechu przez cały czas. Gorąco polecam 😀

Yaay! Drukarnia wprowadziła w końcu wegańskie ciasta na stałe (mają je od Fukafe) <3

Gdańsk Wrzeszcz nie szanuje pantoflarzy.

Pozostałości z Berlina –  mielone z chlebowca. Z makaronem przepyszne.

Flat white z mlekiem sojowym z kawiarni rowerowej w Gdyni Orłowo – wyjątkowo smaczna. Tego mi było wtedy trzeba 🙂

Koteł lubi czasem wleźć do pralki <3

Cudowna ekipa z Night Marks. Jeśli ktoś nie wierzy, że polska muzyka może być smaczna, zapraszam do posłuchania tych panów. Robią dobrze moim uszom.

Klasyczne śniadanie w moim domu. Omlet z mąki z ciecierzycy, do tego duszone warzywa. Niebo w gębie.

Bałtyk. Zawsze piękny. Najpiękniejszy w zimie i brzydkiej pogodzie. Gdynia Orłowo to miejsce, które mogłabym odwiedzać codziennie i chyba nigdy by mi się nie znudziło.

W końcu! Udało mi się wybrać na ostatnią edycję tegorocznego pchlego targu w Oliwie. Jakie cudowne rzeczy można było kupić 🙂 Spodobał mi się wyjątkowo krzyż ze zdjecia.

To zdjęcie zrobiłam czekając na przyjazd ukochanego. Jakoś zawsze nasze spotkania wypadają w okolicy pełni i mamy przyjemność obserwować taki piękny księżyc. Coś musi być na rzeczy 😀

Kupiłam sobie pierścionek od Liquid Candy. Mosiądz z surowymi demantoidami z Namibii 😀 brzmi czadowo, prawda? 😀

Koteł kiedy nie śpi w pralce, to wybiera moje uda. Zwłaszcza, kiedy muszę pracować 😉 Weeeź, człowiek.

Pamiątkowe zdjęcia przed pierwszym wejściem do Sfina. Co to była za noc 😉

Kolejne berlińskie resztki – wegański tuńczyk. Smaczny, choć jak na tuńczyka za mało słony 😀

Kupiłam sobie portfel od Spocket. Swoje kosztował, ale jest płaski, ekologiczny i ładny. Mam nadzieję, że posłuży długo. Mieści tyle, ile chciałam – czyli parę kart, banknoty i jakieś drobne.

Kawiarnia Tłok w Gdyni to jedno w moich ukochanych miejsc w Trójmieście. Fantastyczna obsługa, pyszna kawa i ciasta. Genialny klimat.

Bardzo spodobał mi się pomysł Vegan Portu na wazon.

Na koniec ziemniaki. Bo czemu nie (dzięki, Ania!). Nadal jem prawie codziennie. Podobno tuczą – nie wierzcie w to 😀

Lifebook #9 – wrzesień

Cóż, mamy już prawie końcówkę października, a ja zabieram się za podsumowanie września. Jak to mówią, better late than never.

Wrzesień minął bardzo szybko i był bardzo przyjemny, głównie z powodu pewnej nowej znajomości, jaką miałam szczęście nawiązać :). Zaliczyłam mecz Polska – Ukraina w kickboxingu, koncert Masala Soundsystem, poznałam nowe, czadowe miejsca w Trójmieście.  Zaczęłam także sama chodzić na kickboxing (zajęcia dla kobiet) i spędziłam cudowne 2,5 dnia w ukochanym Berlinie. To tak w skrócie, zapraszam na fotorelację 😉

100cznia – moje odkrycie tego lata w Trójmieście

100cznia to przestrzeń zlokalizowana, jak nazwa podpowiada, na terenie stoczni gdańskiej. Kontery przerobione na małe knajpki i sklepy, leżaki, mała scena. I ten cudowny industrialny klimat. Miejsce nieogrzewane, więc otwarte (niestety) tylko w okresie letnim, zdążyłam być tam parę razy – na koncercie Masala Soundsystem, a później Goorala, jak i również bez okazji. Za każdym razem wracałam niesamowicie zauroczona.

Dobry Materiał

Uwielbiam hipsterskie oranżadki (Fritz Cola, Moon Brothers, Mr Dark, i Dobry Materiał), tym razem miałam przyjemność spróbować black yerba mate. Pyszna.

Gdynia

Pierwszy raz miałam przyjemność iść morsko-leśną trasą z początku Orłowa aż do Gdyni głównej. Parę kilometrów to jest i można się zmęczyć, ale jak pięknie 😀

Śniadanie

W kwestii śniadań nadal preferuję chleb i wegańskie analogi mięsa i sera 😛

Sushi

Regularnie przyrządzam i zjadam sushi, mam naprawdę dużo miejsca w żołądku na to. Ulubiona kompozycja: papryka, ogórek, gotowana marchewka, marynowane tofu <3

Stocznia nocą

Mówiłam już, że jestem zakochana w stoczni gdańskiej?

Kickboxing

Z początkiem września zaczęłam uczęszczać na treningi kickboxingu dla kobiet – jest czad. Kiedyś trenowałam boks i bardzo cieszyły mnie każde zajęcia, tutaj dodatkowo mogę sobie pokopać. Ogromne ilości endorfiny, wzrost pewności siebie i siły. Forma robi się sama 😉

22.09 w galerii Metropolia odbył się mecz Polska – Ukraina, wygrany zresztą przez Polskę. Miałam okazję zobaczyć parę walk – po raz pierwszy na żyw. Trochę jestem rozczarowana poziomem, myślałam, że będzie trochę więcej techniki po obu stronach. Zostanę jednak przy swoich treningach haha.

Nakd

Czyli zdrowa przekąska kosztująca grube hajsy (ok 5 zł za 30g paczuszkę). Lecę na wszystko, co ma w nazwie “słony karmel”. To było dość smaczne 🙂 Znalezione w Auchan

Park Oliwski

Obok morza to moje drugie ulubione miejsce, gdzie mogę być blisko natury. Czuję, że mogę się tam zrelaksować, uspokoić oczy, wypocząć (oczywiście, jak nie ma za dużo wrzeszczących dzieci). Ponieważ obecnie mieszkam dość blisko parku to staram się tam chodzić jak najczęściej <3

Wegański łosoś

W końcu! Nareszcie udało mi się skosztować hitu wegańskich internetów sprzed eee…chyba kilku miesięcy – wędzony łosoś z marchewki. Bardzo, ale to bardzo mi spasował, koniecznie muszę zrobić kiedyś sama, bo z tego co patrzyłam jest to dość proste. Próbowaliście?

Kolejna zdrowa przekąska, Rossmann

Trochę bawi mnie wszechobecny hype na zdrową żywność z naciskiem na superfoods. No, ale dzięki temu mogę jeść takie dobre rzeczy nieco taniej i mieć do nich dostęp w większej ilości miejsc. Jako fanka Rossmanna, kupiłam poniższe cudo właśnie w słynnej, niemieckiej sieciówce i zabrałam ze sobą w podróż do Berlina. Smakowało.

Berlin <3

Pojechałam drugi raz do Berlina w tym roku, korzystając z promocji w polskim busie. Dodatkowo, ogarnęłam sobie nocleg z couchsurfingu u przesympatycznej pary Niemców, co dodatkowo obniżyło koszty wyjazdu. Jak zwykle było bosko. Odwiedziłam ulubione miejsca – Vego Foodworld (naklejki pochodzą z ich łazienki), St.Oberholz – tam zjadłam pyszną kanapkę z batatem, bakłażanem i hummusem, Brammibal’s Donuts – wegańskie pączki to zawsze dobry pomysł… ;). Stestowałam także wegańskiego wrapa, który był smaczny i sycący (pomijając już fakt, że tofu zostało podsmażone na tej samej patelni, co wcześniej mięso :D). Dużo spacerowałam – przeszłam jednego dnia jakieś 15km, między innymi na trasie z Reinickendorf aż do Neukoelln. Z ciekawych przygód to przejechałam się w końcu S-Bahn Ring (41 i 42), tak, że zrobiłam pełne kółko dookoła Berlina – podobno robi się to tylko po pijaku :D; miałam też okazję zobaczyć pana palącego crack w czeluściach stacji metra.

 

Lifebook #8 – sierpień

Jak ten czas szybko zapieprza. Ani się człowiek obejrzy, a tu już koniec sierpnia i jesień na horyzoncie. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej cieszę się na nadchodzące chłodniejsze dni, trochę więcej deszczu i zmieniające się kolory lasu, na który mam widok z balkonu. Mam potrzebę bycia blisko natury od pewnego czasu i niesamowicie cieszy mnie obserwacja przyrody. Mam to szczęście obecnie, że mieszkam bardzo blisko dużego kompleksu leśnego, co sprzyja spacerom. Las, morze, generalnie natura bardzo mnie uspokaja i cieszy. To tam ładuję baterie, tam czuję się jak w domu. Myślę, że jak już będę chciała gdzieś osiąść, to będzie to drewniany domek w lesie :).

Sierpień był fajny, choć w sumie aż tak dużo się nie działo. Miałam jeden dość szalony weekend na Śląsku. Przyjechałam w piątek po południu, na 22:00 do kina na maraton horrorów, koniec o 6:30 rano :D. Dwie godziny snu (bo szkoda czasu), zakupy w najlepszym szmateksie (z 10 rzeczy za 19 zł, pozdrawiam), kawa z kumpelą, potem wyjazd do Katowic na 90 Festiwal (Tututu tururututu), powrót o 3:00, sen do 8:30 i początek podróży o 11:00 ;), powrót do Gdańska o 19:00. Przez dwa dni spałam jakieś 7 godzin – mniej niż tyle, ile śpię jednej nocy na co dzień. Było warto 🙂

Ten wyjazd, a w zasadzie podróż tam i z powrotem były również próbami cierpliwości dla mnie. PKP standardowo nie zawiodło pod tym względem ;). Zauważyłam, że coraz mniej denerwuję się rzeczami (zdarzeniami, zachowaniami), na które nie mam wpływu. Zastanawialiście się nad tym, jak często wkurzamy się na coś, co jest od nas kompletnie niezależne? Na przykład to, jaka jest pogoda, że autobus znowu się spóźnia, albo że ktoś zachowuje się nie tak, jak tego oczekujemy. Jakby na każdą z tych sytuacji spojrzeć kompletnie bez emocji, to widać gołym okiem, że nasza irytacja czy złość totalnie nic nie jest w stanie zmienić. A jeśli nie możesz czegoś zmienić, to po co się tym denerwować? I znowu, jeśli możesz coś zmienić – zmień to, po co się tym wkurwiać? 😉 Taką oto mam filozofię. Uważam również, że nie możemy zmienić drugiej osoby – to ona może sama zmienić swoje postępowanie, jeśli będzie tego chciała (moja mama przez większość swojego małżeństwa wierzyła w to, że mój tata się zmieni. Co zaskakujące, nie zmienił się).

Zawsze staram się znaleźć jakieś pozytywne aspekty sytuacji, w której obecnie się znajduję. Np. czekając prawie godzinę na to, aż pociąg ruszy z Katowic, cieszyłam się tym, że jest klima i mam jak podładować telefon 😀

W sierpniu byłam również na świetnym koncercie Forest Swords (z okazji festiwalu Solidarity of Arts). Bardzo smaczna i przyjemna elektronika. Staram się.w tym roku zaliczyć więcej koncertów, i jak na razie idzie mi dość sprawnie. Muzyka sprawia mi ogromną radość i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Też tak macie?

Dodatkowo, miałam wielką przyjemność gościć u siebie starego znajomego, który obecnie mieszka w Danii. Przywiózł mi wegańskie pyszności. Zeżarliśmy pizzę w Vegan Porcie i napiliśmy się pysznej Kenii z Drukarni.

Zaliczyłam także kąpiel w morzu i śniadanie na plaży. Było bombowo!

Robiłam dwa razy sushi i lepiłam pierogi z bobem. Dużo spacerowałam. Serendipity.

Z nowości jedzeniowo-kosmetycznych zakupiłam kokosowe masło do ciała z Bielendy, reklamowane jako vegan friendly – pachnie obłędnie, odżywkę do włosów Petal Fresh, i genialną białą czekoladę z pistacjami od Cocoa. Tak się napaliłam, że kupiłam masło kakaowe, żeby samodzielnie zrobić białą czekoladę. Pierwsza próba nieudana – użyłam cukru muscovado zamiast białego i cholera nie chciała się za nic w świecie roztopić. Nie popełniajcie mojego błędu 😉

 

Jak się mieszka w Gdańsku?

Czy warto przeprowadzać się do Gdańska?

Trochę ponad rok temu, 23 lipca 2016 roku, wyprowadziłam się z Krakowa po 10 latach mieszkania. Czy to była trudna decyzja? Nie. Czy żałuję? W ogóle. Czy wróciłabym do Krakowa, gdyby nadarzyła się okazja? Nie sądzę.

To w wielkim skrócie diss na Kraków ;). A tak na poważnie – zmiana Krakowa na Gdańsk to jedna z lepszych decyzji w moim życiu, jak na razie. Nie twierdzę, że Kraków jest zły, o nie. To bardzo ładne, dobrze skomunikowane i przyjazne miasto. Pełno w nim ciekawych/dziwacznych ludzi, dużo się dzieje, nie brakuje miejsc do pracy czy wegańskich przybytków. Zapraszam serdecznie na małe porównanie i podsumowanie mojego roku nad morzem.

Kraków

Plusy:

  • bardzo dobrze skomunikowany, biletomaty w wielu tramwajach i autobusach oraz na przystankach, nocna komunikacja bezproblemowa
  • dość dobrze rozwinięta sieć ścieżek rowerowych
  • zadbane miasto, piękne centrum (skoncentrowane faktycznie w centrum, blisko Kazimierz)
  • dużo się dzieje (koncerty, festiwale)
  • bardzo kolorowo – dużo obcokrajowców, artystów, dziwaków
  • krakowski spleen <3

Minusy

  • smog i generalnie kiepskie powietrze, z natężeniem w okresie jesienno-zimowym
  • wysokie temperatury w lecie, brak luftu
  • wszędzie włażą deweloperzy
  • korki, wąskie ulice, ciasno
  • mało zieleni

Gdańsk

Plusy

  • bardzo dużo zieleni, Trójmiejski Park Krajobrazowy i parki
  • MORZE <3
  • szerokie ulice, dużo przestrzeni
  • bardzo dobra infrastruktura rowerowa
  • SKM, dzięki której możemy szybko dostać się do Gdyni czy Sopotu
  • ciągle wieje, więc nawet przy upałach jest dość przyjemnie, a w zimie smog (bo też jest, ale znacznie mniejszy) się rozmywa, niższe temperatury w lecie

Minusy

  • ciągle wieje 😀 (mi to akurat nie przeszkadza)
  • ciężko szuka się mieszkania w lecie, bo dużo osób woli wynajmować turystom na krótszy okres
  • gorsza komunikacja miejska, mało malutko biletomatów (ani jednego wewnątrz pojazdu)
  • generalnie, ludzie są o wiele bardziej konserwatywni, mniej kolorowi i otwarci
  • dużo meneli

Ogólnie, Gdańsk sprawia wrażenie miasta biedniejszego niż Kraków. Ceny są jednak dość podobne – i w sklepach, i przy okazji wynajmu mieszkania. Wydaje mi się, że centrum Gdańska jest jednak mniej zadbane – Kraków pewnie ma większy budżet na to. W Gdańsku o wiele częściej spotkacie menela w centrum, czy kogoś bez obciachu pijącego alkohol w tramwaju w środku dnia (pozdrawiam tutaj trasę tramwaju nr 10 w kierunku Nowego Portu). Dworzec Główny – PKP i PKS – są również gorszego standardu niż ich krakowskie odpowiedniki.

Co totalnie kocham w Gdańsku to jest przestrzeń. Owszem, deweloperzy wciskają się i tutaj, ale jest o wiele więcej zieleni i szerokich ulic niż w Krakowie. To, lepsze powietrze, niższe temperatury i bliskość morza są dla mnie zdecydowanie kartami przetargowymi Gdańska (jak i całego Trójmiasta w sumie). Zapewne zwracam uwagę na właśnie te aspekty, bo po 10 latach mieszkania w Krakowie dość się w nim dusiłam – i przez powietrze, i przez ciasnotę.

Mam przyjemność pracy zdalnej, więc nie muszę się zazwyczaj przejmować korkami (które tutaj też są, oczywiście). Komunikacja miejska w Trójmieście jest niezła. Co najlepsze, bilety w całym Trójmieście są wspólne – czyli kupując godzinny w Gdańsku, spokojnie dojadę sobie do Sopotu czy Gdyni. Przyznam się też, że to właśnie tutaj zaczęłam korzystać z aplikacji mobilnej Skycash – do kupowania biletów przez telefon – głównie dlatego, że nie ma za wiele biletomatów. Nie wiem, jak ja wcześniej żyłam 😀

Jeśli chcielibyście zaimprezować w Gdańsku – hmm, jest parę miejsc, o których wiem, ale na pewno nie ma ich tyle, co w Krakowie. Za to mamy jeszcze Sopot i podobno na balety jeździ się właśnie tam ;). W Gdańsku się pracuje, i faktycznie jest tutaj cała masa miejsc do pracy – głównie oczywiście korpo wszelkiej maści. Sama mieszkam teraz obok Olivia Business Center. Przypomina mi trochę Bonarkę, może dlatego, że też jest tutaj siedziba Alexander Mann Solutions, w którym kiedyś pracowałam :).

Planuję przygotować wpis o moich ulubionych miejscach w Trójmieście, więc za dużo nie zdradzę, ale powiem tyle, że znalazłam odpowiedniki krakowskich ulubieńców praktycznie w 100%. Jeśli chodzi o #wegańskieprzybytki, to dość dużo się zmieniło od czasu, kiedy pisałam o wegańskim Gdańsku. Pojawiło się dużo nowych miejsc i o nich z pewnością też jeszcze napiszę.

 

W Gdańsku mieszka mi się bardzo dobrze. W przyszłym roku chciałabym wyjechać za granicę, ale jeśli wrócę do Polski, to z pewnością właśnie tutaj <3.

 

Wegański Berlin – moje ulubione miejsca

Berlin. Miasto moich marzeń. Wegański raj. Sezon wakacyjny się rozpoczął i z pewnością wielu z Was wybiera się na choćby parę dni do stolicy Niemiec. Gdzie się zatrzymać? Co zjeść? Jak żyć? Postaram się dziś odpowiedzieć na te pytania.

Nocleg

Jeśli jeszcze nie korzystaliście z Couchsurfingu – koniecznie to sprawdźcie. Z mojego doświadczenia warto zainteresować się tym tematem nieco wcześniej, bo nie każdy host odpisze Wam od razu. Zresztą, Berlin jest na tyle popularnym kierunkiem, że z pewnością wiele osób pomyśli o tym samym sposobie znalezienia noclegu. Tak czy inaczej, jest to opcja najtańsza i moim zdaniem najfajniejsza – bo można poznać miasto od tej strony nieturystycznej.

Jeśli nie spanie u kogoś na kanapie, to może hostel? Dotychczas byłam w dwóch w Berlinie i z pewnością mogę Wam polecić St. Christopher’s Inn. Mieści się zaraz przy U-Bahn Rosa-Luxemburg Platz, samo centrum miasta. Cenowo wychodzi około 30 euro za noc. Dla mnie to jest ok, dodatkowo biorę pokój w części tylko dla kobiet.

Z tańszych hosteli spróbujcie Lette’m Sleep Hostel Berlin – Lettestr. 7, Prenzlauer Berg.

Zwiedzanie

Nie będę polecać Wam klasycznych turystycznych obiektów, bo tego możecie dowiedzieć się z netu czy od przewodników. Jeśli będziecie w Berlinie, to koniecznie zajrzycie do takich dzielnic jak Kreuzberg i Neukoelln. Nie dość, że nie są tak oblegane przez turystów, to jeszcze znajdziecie tam multum wegańskich miejsc z jedzeniem i piciem.  Parki, rzeka Spree, piękne budynki, masa artystów, siedziby startupów, ale też są to dzielnice bardziej imigranckie. Dla mnie są trochę inne od centrum Berlina. Bardzo lubię się tam wałęsać.

Jedzenie i picie

Weganie w Berlinie mają się doskonale. Według HappyCow w stolicy Berlina znajduje się jakieś 448 miejsc, które są albo wegańskie, albo oferują wegańskie opcje. Samych wegańskich przybytków jest 54. Wiadomo, że część miejsc może się nie ogłaszać w HappyCow, część może zostać w międzyczasie zamknięta, ale daje Wam to mniej więcej pogląd na to, jakie jest życie wegan w Berlinie.

Podczas mojej ostatniej wizyty, trwającej jakieś 2,5 dnia, nie mogłam sobie odmówić zjedzenia wegańskiego pączka w Brammibal’s Donut. Znajdziecie ich na Maybachuferstr. 8. Pączki są przepyszne. Jeden kosztuje 2,5 euro, pakiet 4 (kusiło…) 9 euro. Jest też pyszna kawa. Zaraz obok lokalu jest targ (nie wiem, czy codziennie, byłam tam we wtorek), na którym można kupić owoce, warzywa, tkaniny, gotowe jedzenie, obrazy, winyle…

Dolores to meksykańska knajpa z pysznym burrito (i nie tylko) także i w wersji wegańskiej. Lokal jest vegan-friendly. Porcje duże, jedzenie bardzo smaczne. Dolores mieści się na Rosa-Luxemburg-str. 7.

Na zdjęciu w tle jest miejsce o wdzięcznej nazwie Falafel Vegan – jeszcze tam nie byłam, ale brzmi zachęcająco.

W Berlinie od całkiem niedawna działa wegańska lodziarnia. Kontor Eis Berlin  to jest jakiś kosmos. Mały lokal, dużo smaków lodów. Ja wzięłam Crazy Peanut – ten niby najlepszy i najbardziej popularny. To w sumie nieważne, ale był naprawdę pyszny. Porcja 1,5 euro. Adres: Danziger Str. 65.

Wegańska pizzeria. W Berlinie od paru ładnych lat działa Sfizy Veg i bardzo ich kocham, ale kiedy dowiedziałam się, że powstała La Stella Nera – tradycyjna włoska pizzera, prowadzona jak się okazało przez Włochów ;), wiedziałam już, że muszę tam pójść. Dotarłam na otwarcie (o 17:00) i byłam pierwszą klientką. Wydaje mi się, że pizzeria działa na zasadzie kooperatywy, klimaty lekko proanarchistyczne. Miałam niewiele czasu, bo na 18:00 byłam umówiona na kawę w Veganz, ale wzięłam margheritę na wynos. Polecam <3. Adres: Leykestr. 18.

Kawę z mlekiem sojowym czy też innym roślinnym dostaniecie praktycznie wszędzie, i to bez dopłaty. Miejsce, które lubię od tego roku jeszcze bardziej niż wcześniej, to St. Oberholz. Znajdziecie je na Rosenthaler Platz, na skrzyżowaniu Brunnenstr. i Torstr.

Uwielbiam wystrój tej knajpki. Mają przepyszne flat white na mleku sojowym. Dodatkowo, jeśli pracujecie zdalnie, to St. Oberholz pełni również funkcję coworkingu. Można mieć swój własny stolik i napoje w cenie miesięcznego abonamentu. Jestem oczarowana <3

PS: Rzut beretem znajduje się Daluma – kolejne ukochane miejsce, gdzie przyznam, jest dość drogo, ale niewiarygodnie pysznie. Mają genialnie soki i smoothie oraz jedzenie, takie typowe zdrowe żarcie.

Last, but not least na dziś to Vego Foodworld na Lychenerstr. 63. Bardzo cenię klimat tego baru z chamskim, wegańskim fastfoodem. Jest luzacko, tanio i smacznie. Zawsze robię foty naklejkom w kiblu – jest ich cała masa.

Zakupy

W Berlinie wegańskie produkty są dostępne na każdym kroku, w większości sklepów (Edeka, Netto, Kaufland etc). Zawsze jak tam jestem, to odżywiam się jogurtami Alpro. W Netto udało mi się też kupić majonez sojowy za 1 euro, czy wędlinę sojową z pieprzem za niecałe 2 euro. Droższa opcja to oczywiście mój ukochany Veganz – Berlin ma ich aż trzy. Supermarket wegański, gdzie znajdziecie wszystko w wersji roślinnej. Jestem trochę cebulą, więc kupuję głównie to, co jest w promocji (wegan mięso i nabiał), a do tego dorzucam moją ulubioną czekoladę Rapunzel z mleka ryżowego (2 euro) – smakuje jak klasyczna mleczna.

Poza spożywką, jest także Rossmann – ma osobną sekcję dla produktów eko/wegan i naprawdę, każdy możliwy kosmetyk w wersji wegańskiej. Poza Rossmannem istnieje również sieciówka DM – gdzie również polecam zajrzeć. Bardzo podoba mi się to, że w lodówkach z napojami obok pepsi znajdziecie również cappuccino na mleku sojowym czy kombuczę.

Ah, jeśli tak jak ja jesteście wielbicielami kosmetyków Lush, to blisko Alexanderplatz jest sklep <3.

 

Jak się podoba mój mini przewodnik? O Berlinie pisałam już wcześniej, zajrzyjcie też na relację część 1, relację część 2 oraz dlaczego przeprowadzę się do Berlina 🙂