wegański fast-food – DIY

Tytuł posta może być mylący 🙂 nie mam zamiaru pisać o wegańskich odpowiednikach hamburgerów i pizzy, ale o wegańskich potrawach, których przygotowanie nie zajmuje wiele czasu.

Wegańskie gotowanie jest bajecznie proste – i przy okazji zazwyczaj tanie*. Nie kupujemy przecież składników, które w sklepie kosztują najwięcej: to przecież mięso i sery najczęściej są najdroższe. Zawsze zadziwiają mnie teksty w stylu “to co Ty jesz?”, “Ja nie wiem, co Ci ugotować” – tak jakby posiłek zawsze musiał składać się z mięsa czy nabiału!

 Kilka rad ode mnie jak zaoszczędzić czas na gotowaniu:

  • banalna formuła, która zawsze się sprawdza: warzywa, które mamy w lodówce + (fasole, które chcemy dodać) + kasza/ryż/makaron + ulubione przyprawy i dodatki = ekstra jedzenie; może się Wam to wydawać oczywiste, ale nie-weg*anie nie są często świadomi, że to takie proste! 🙂
  • wcześniej można ugotować kaszę/ryż/fasole i trzymać porcje w lodówce
  • wcześniej można warzywa pokroić w kostkę/paski i trzymać w lodówce
  • można zrobić więcej, podzielić na porcje i zamrozić/schłodzić w lodówce
  • najprostsze i najszybsze są dania jednogarnkowe (ja jestem ich fanką)
  • sypiemy gdzie popadnie: pestki dyni/słonecznika, sezam, zmielone siemię lniane, mak (jak ktoś lubi), otręby i zarodki (pszenne) – dzięki temu dostarczamy sobie dodatkowych ilości witamin i minerałów

 Dziś tyle 🙂

J.

*Oczywiście, jeśli kupujemy często i gęsto gotowe tofu, seitan, mleko sojowe i inne gotowe produkty sojowe, będące zamiennikami mięsa, to faktycznie – może to być drogie. Tylko po co tak robić? 🙂

pourlopowo…

Prawie miesiąc przerwy, bo między innymi byłam na wakacjach we Włoszech – piękne siedem dni u włoskiej rodziny, która miała swoje własne warzywa (cukinie, bakłażany, pomidory) i owoce (melony, figi, brzoskwinie). Obłęd…bardzo dużo zjadłam.

Wierzę, że kiedyś też będę miała swój ogród warzywno – owocowy! 🙂

Dzisiaj, zresztą tak jak i wczoraj, leje cały dzień. Deszcz jest fajny, ale nie wtedy kiedy ma się iść wieczorem na koncert na świeżym powietrzu! Podejrzewam, że Placebo zrekompensują mi taką pogodę 🙂

Weekend spędziłam sama, bo M pojechał do domu. Też dobrze 😉 Miałam czas nadrobić braki w gotowaniu. Wczoraj przyrządziłam eksperymentalną sałatkę z produktów Almy – z powodu pogody zrobiłam zakupy przez Internet i mili panowie dostarczyli mi wszystko aż na 3 piętro 🙂

Szałot składa się z:

– paczki kiełków fasolki mung
– kilku ogórków małosolnych
– garści świeżego szpinaku z Biedronki 😉
– sezamu
– natki pietruszki
– sosu – oliwa i ocet balsamiczny

Taka micha dostarczy nam m.in żelaza i witaminy C (pietruszka), wapnia (sezam), magnezu i kwasu foliowego (kiełki).

Do sałatki podałam placki dyniowo- ziemniaczane, smaczne, ale ich wygląd był mało reprezentatywny, dlatego nie będzie zdjęcia. Wydaje mi się, że dałam za mało ziemniaków lub też mam kiepską patelnię – bo mocno przywierały.

Na deser były kulki daktylowe – prosty i bardzo smaczny słodycz wegański. Są różne sposoby przyrządzenia takich kulek, ja znów eksperymentowałam 🙂 Paczkę daktyli gotowałam w odrobinie wody, przestudziłam, zmiażdżyłam łyżką, dodałam żurawinę i odrobinę zarodków pszennych, uformowałam kulki i obtoczyłam w kokosie. Do lodówki na godzinę. Uwaga – dalej są miękkie (mi to nie przeszkadza). Jestem ciekawa, jak długo zachowują świeżość – bo może będę robić takie cuda do pracy 🙂

Superprodukt na dziś

daktyle
– zawierają witaminę A, C, B1, B2 i PP, potas, żelazo, fosfor i magnez
–  mają wysoką wartość energetyczną – doskonałe źródło energii dla sportowców!
– bardzo słodkie – można je dodawać do deserów zamiast cukru, można je też jeść zamiast komercyjnych słodyczy
– mają właściwości przeciwbólowe i przeciwzapalne (zacznę je jeść jak będzie coś bolało 🙂 )
– w sklepie dostaniemy głównie suszone, ale warto szukać świeżych – są przepyszne; szukajcie tych niesiarkowanych
– suszone daktyle możemy namoczyć przed zjedzeniem
To na tyle, idę jeść kulki! 🙂
J.