Rabarbarowa bubble tea

Upalna sobota i sezon na rabarbar jakoś do siebie pasują. Dziś proponuję Wam trochę przerobiony przepis na klasyczny kompot z rabarbaru, który dzięki dodatkowi werbeny okazuje się być bardziej lemoniadą, z lekko cytrusowym posmakiem. Dorzucamy do tego garść kuleczek tapioki i mamy domowej roboty bubble tea. Rabarbarowy napój jest bardzo orzeźwiający i z pewnością ochłodzi Was skutecznie, kiedy za oknem ponad 30 stopni.

Rabarbarowa bubble tea
3 laski rabarbaru
garść suszonych liści werbeny (można zastąpić plasterkami cytryny dodanymi do chłodnego napoju)
około 1,5 litra wody
przyprawy: laska wanilii, goździki, cynamon (opcjonalnie)
1/2 -1 szklanki tapioki
syrop z agawy do smaku (opcjonalnie)
Rabarbar kroimy w kostkę, wrzucamy do garnka i zalewamy wodą. Dodajemy liście werbeny i przyprawy i gotujemy na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu. Kiedy rabarbar zmięknie i zacznie się rozpadać, wsypujemy tapiokę, gotujemy jeszcze ze 2-3 minuty, po czym wyłączamy ogień i odstawiamy na 20 minut. Dzięki temu kuleczki tapioki nabiorą trochę masy 🙂 a nasz napój się schłodzi. Przelewamy do szklanek i serwujemy z kostkami lodu.
Uwaga: Liście werbeny można wyciągnąć po ugotowaniu, wtedy wygodniej się pije/je bubble tea. Jeśli chcielibyście takie liście kupić, to w Krakowie sprzedają je na Starym Kleparzu Oliwki etc.

Szarlotka sypana z rabarbarem

W zeszłym tygodniu w pracy ktoś upiekł szarlotkę i od tego momentu nie mogłam przestać myśleć o upieczeniu swojej własnej. Wegańskiej oczywiście. Niestety, mimo że uwielbiam kruche ciasto, to rzadko kiedy wychodzi mi takie, jakie być powinno. Najczęściej jest za twarde. Dlatego przepis na szarlotkę sypaną spadł mi z nieba. Gwarantuję Wam, to ciasto jest szybkie i łatwe w przygotowaniu. Nawet kompletne kuchenne łamagi sobie z tym poradzą 🙂

Do ciasta potrzebujecie soczystych jabłek, muszą Wam dać dużo soku. Dorzuciłam też rabarbar, żeby było bardziej sezonowo 😉

Szarlotka sypana z rabarbarem
Nadzienie:
3 laski rabarbaru
4 jabłka
cynamon
opcjonalnie cukier lub inne słodzidło
Ciasto:
1 szklanka mąki (najlepiej razowej)
1 szklanka kaszy manny
1/2 szklanki słodzidła w proszku (cukier, stewia, ksylitol; możecie to też pominąć jeśli nie słodzicie)
1/2 łyżki proszku do pieczenia
cynamon
olej (około 1/3 – 1/2 szklanki) lub wegańska margaryna – pół kostki
Owoce myjemy. Rabarbar kroimy na małe kawałki, jabłka ścieramy na tarce (na grubym oczku). Wkładamy do miski, zasypujemy cynamonem i cukrem/innym słodzidłem. Mieszamy i odkładamy na około 15 minut. Owoce muszą puścić dużo soku 🙂
W misce mieszamy suche składniki i dzielimy na dwie części. Okrągłą formę (moja miała średnicę 24 cm) wykładamy papierem do pieczenia i wysypujemy jedną część suchej mieszanki. Polewamy połową oleju oraz kładziemy masę owocową. To wszystko przykrywamy równo drugą częścią suchej mieszanki i znowu polewamy olejem. Wkładamy do piekarnika (180 stopni) i pieczemy około 50 minut.
Ważne: sucha mieszanka musi być wyłożona równo, tak samo olej musi być rozlany w miarę równo. Jeśli używacie margaryny, trzeba ją zetrzeć i też równomiernie rozłożyć. Inaczej będą miejsca w cieście zupełnie suche i niesklejone. Jabłka też są ważne – muszą być soczyste. Jeśli zupełnie nie dają soku, to możecie wymieszać je z wodą/sokiem jabłkowym.

Najlepsza sałatka na śniadanie

Co jadacie na śniadanie? Ja muszę się przyznać, że ostatnio wybieram z trzech opcji. Owsianka na mleku sojowym (z owocami – świeżymi lub suszonymi oraz orzechami, posypana jest zmielonym siemieniem lnianym, pestkami dyni i słonecznika), dobry razowy chleb z pastą (często ze strączków, czasem awokado, ostatnio ‘serek’ z migdałów i nerkowców) oraz… sałatka.
 

Możecie zaprotestować “Ale sałatka? Przecież tym się nie da najeść!”. Bujda na resorach 😉 Mój przepis jest bardzo sycący bez dodatku chleba. Robi się ją bardzo szybko. Możecie zmieniać składniki, ale osobiście uważam, że poniższa kompozycja jest genialna.

Sałatka śniadaniowa (dla dwóch osób)

pół opakowania gotowego mixu sałat
1 opakowanie czerwonej fasoli w puszce
1 dojrzałe awokado
1/2 dużego ogórka lub cały mniejszy
1/2 zielonej papryki
po 2 łyżki pestek dyni, słonecznika i sezamu

sos:
3-4 łyżki dobrej oliw
1 łyżka soku z cytryny
sól, pieprz
ewentualnie woda do rozrzedzenia
1-2 łyżki tahini (opcjonalnie)

Do miski wsypujemy sałaty. Awokado i ogórek obieramy i kroimy w kostkę,  paprykę bez obierania też kroimy ;). Fasole wsypujemy na sitko i przepłukujemy. Wszystko dodajemy do sałat. Przygotowujemy sos – składniki łączymy ze sobą i mieszamy, aż do uzyskania gładkiej konsystencji. W międzyczasie na suchej patelni prażymy pestki i sezam (bez oleju, na małym ogniu, mieszając co chwilę) – zajmie nam to około 5-7 minut. Sałatkę polewamy sosem i dokładnie mieszamy całość. Przekładamy do misek i posypujemy prażonymi pestkami i sezamem.


Relacja z Berlina cz.2

Drugiego dnia wyruszyliśmy zwiedzać miasto już koło 9 rano. Naszym celem była najpierw północna a później południowo-wschodnia część Berlina. Zaczęliśmy od wizyty w Veganz (Schivelbeiner Strasse 34) – wegańskim supermarkecie. Kiedy weszłam do środa, pomyślałam sobie “znalazłam się w raju” :). Mrożona pizza z serem i salami? Proszę bardzo. Kilkanaście rodzajów lodów, serów, wędlin? Proszę bardzo. Biała wegańska czekolada? Ależ oczywiście 🙂 Zrobiliśmy małe zakupy, o których opowiem w osobnym poście. Następnie (ponieważ byliśmy dość głodni) usiedliśmy w Goodies – kawiarni, która znajduje się wewnątrz sklepu. Goodies oferują przepięknie wyglądające ciasta (także i surowe) oraz bajgle, tortille i kanapki, np. z tofucznicą. Do tego kawa lub szejk. Znajduje się też tam lodówka z gotowymi deserami, surówkami, makaronami w pudełkach – idealny lunch do pracy. My wzięliśmy kawę, dwie połówki tortilli oraz ciasto (chyba najlepsze dla mnie ze wszystkich, które jadłam w Berlinie, z kremem kokosowym i warstwą mango).

Nasze śniadanie – tortille, ciacho i kawa. Mniam!
Pozostając dalej w dzielnicy Pankow, spacerem doszliśmy do Vego FoodWorld (Lychener Strasse 63). To taki wegański fast-food bar, mają w swojej ofercie ogromny wybór burgerów, typowe berlińskie danie czyli kiełbaska z frytkami i majonezem czy też pizze. Zdecydowaliśmy się na początek na smażone kalmary z sosem a la tatarski i sałatką a następnie na chickenburgera z serem. Bardzo nam smakowało. Wegańskie wersje tych dwóch dań w niczym nie ustępowały ich oryginałom. Bułka z burgera była wręcz rewelacyjna, nie rozwalała się w ogóle. Chickenburger oczywiście też świetny. Mniam!
Chickenburger i kalmary – prawda, że podobne? 😉

Kolejny pięknie pomalowany budynek.
Kolejnym punktem na naszej trasie była kawiarnia/pub Chaostheorie (Lychener Strasse 4). Wypiliśmy tam tylko po kawie, posiedzieliśmy chwilę obserwując ulicę. To miejsce jest dość alternatywne, ma piękny, kolorowy wystrój. Serwują w nim też alkohol i ciasta.
Po wyjściu z Chaostheorie udaliśmy się do Mauerpark. Ten duży kompleks zieleni przyciąga rzesze ludzi. Dużo osób przychodzi tam grać swoją muzykę (naliczyłam 3 zespoły i przynajmniej 4 solistów :)). Berlińczycy również spędzają tam czas przy grillu i piwie. Zaraz przy parku co niedzielę odbywa się pchli targ. Ogromne ilości stoisk i tłumy ludzi. Możecie tam kupić chyba wszystko: od jedzenia (także wegańskiego), po ciuchy, biżuterię, winyle, książki. Bardzo fajny klimat, choć przeciskanie się wąską uliczką było dość męczące. 
Vis a vis parku znajduje się kolejne wegańskie (w zasadzie wegetariańskie) miejsce: Fast Rabbit (Eberswalder Strasse 1). Znów świetny i oryginalny wystrój, pełno ludzi w środku. Kupiliśmy jedną tortillę w wersji meksykańskiej (fasola, ryż, kolendra, chili) – piekło jak diabli. Z Szybkiego Królika pojechaliśmy tramwajem do wschodniej części Berlina. 
Bardzo spodobało mi się wnętrze Fast Rabbit 🙂
Znowu Veganz (Warschauer Strasse 33) i kawiarnia Goodies. Znowu małe zakupy (m.in lody :)). Nad Veganz mieści się Mio Matto – włoska wegańska restauracja. Niestety, byliśmy zbyt pełni żeby tam wejść 🙂
Pele Mele (Innstrasse 26) to następna kawiarnia, którą mieliśmy zamiar odwiedzić. Nie kupiliśmy tam nic, bo dalej czuliśmy się najedzeni, poza tym wnętrze knajpki jakoś mocno nas nie zachęciło. Ja ostrzyłam sobie pazury na wegańską pizzę w Sfizy Veg 🙂 Jednak zanim tam dotarliśmy to wpierw odwiedziliśmy pobliską naleśnikarnię, Let it be (Treptower Strasse 90). Została ona otwarta niedawno, bo w styczniu tego roku, jednak to trzeba przyznać: od początku trzyma poziom. Niesamowity klimat, ciekawy wystrój, i te naleśniki… jest ich dość dużo do wyboru, a każdy nosi nazwę znanej osoby ze świata filmu. Zamówiliśmy Alicię Silvestrone (o ile dobrze pamiętam ;)) – czekoladowy naleśnik z kremem migdałowym i ciepłymi malinami. Rewelacja, ale porcje ogromne! Chciałam jeszcze skosztować Woodiego Allena (na słono, z kremowym sosem porowym, boczkiem i serem), ale czułam, że go nie zmieszczę. 
Na pamiątkę zrobiłam zdjęcie. Może następnym razem 🙂
Kolejny lokal z ciekawym wystrojem – Let it be.
Pyszny naleśnik z migdałowo-malinowym nadzieniem. Niebo w gębie!
Po naleśniku zrobiliśmy sobie spacer dookoła East Side Gallery, żeby po 20 wrócić do Sfizy Veg (Treptower Strasse 95)
Mój boże, pomóż mi przeżyć tę śmiertelną miłość.

 
Pizzeria i spaghetteria wegańska, Sfizy Veg cieszy się wielką popularnością. Kiedy tam przyszliśmy to był problem ze znalezieniem miejsca, więc usiedliśmy przy barze. Ruch był duży i niestety bardzo długo czekaliśmy na naszą pizzę. Kiedy już ją dostaliśmy…niebo w gębie 🙂 Szybko zjedliśmy i zbieraliśmy się do hostelu, bo było po 22. Generalnie polecam, smaczne jedzenie.
Po zjedzeniu połowy przypomniało mi się o zdjęciu 😉
W poniedziałek rano wracaliśmy już autokarem do Krakowa. Szczerze? Ze smutkiem opuszczałam Berlin. Nie tylko ze względu na to, że jest to raj dla wegan. Po prostu. Było sympatycznie i bardzo kolorowo. Wrócę tam 🙂

(Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie Berlina, służę pomocą.)

Część pierwsza relacji TU