Relacja z Berlina cz.2

Drugiego dnia wyruszyliśmy zwiedzać miasto już koło 9 rano. Naszym celem była najpierw północna a później południowo-wschodnia część Berlina. Zaczęliśmy od wizyty w Veganz (Schivelbeiner Strasse 34) – wegańskim supermarkecie. Kiedy weszłam do środa, pomyślałam sobie “znalazłam się w raju” :). Mrożona pizza z serem i salami? Proszę bardzo. Kilkanaście rodzajów lodów, serów, wędlin? Proszę bardzo. Biała wegańska czekolada? Ależ oczywiście 🙂 Zrobiliśmy małe zakupy, o których opowiem w osobnym poście. Następnie (ponieważ byliśmy dość głodni) usiedliśmy w Goodies – kawiarni, która znajduje się wewnątrz sklepu. Goodies oferują przepięknie wyglądające ciasta (także i surowe) oraz bajgle, tortille i kanapki, np. z tofucznicą. Do tego kawa lub szejk. Znajduje się też tam lodówka z gotowymi deserami, surówkami, makaronami w pudełkach – idealny lunch do pracy. My wzięliśmy kawę, dwie połówki tortilli oraz ciasto (chyba najlepsze dla mnie ze wszystkich, które jadłam w Berlinie, z kremem kokosowym i warstwą mango).

Nasze śniadanie – tortille, ciacho i kawa. Mniam!
Pozostając dalej w dzielnicy Pankow, spacerem doszliśmy do Vego FoodWorld (Lychener Strasse 63). To taki wegański fast-food bar, mają w swojej ofercie ogromny wybór burgerów, typowe berlińskie danie czyli kiełbaska z frytkami i majonezem czy też pizze. Zdecydowaliśmy się na początek na smażone kalmary z sosem a la tatarski i sałatką a następnie na chickenburgera z serem. Bardzo nam smakowało. Wegańskie wersje tych dwóch dań w niczym nie ustępowały ich oryginałom. Bułka z burgera była wręcz rewelacyjna, nie rozwalała się w ogóle. Chickenburger oczywiście też świetny. Mniam!
Chickenburger i kalmary – prawda, że podobne? 😉

Kolejny pięknie pomalowany budynek.
Kolejnym punktem na naszej trasie była kawiarnia/pub Chaostheorie (Lychener Strasse 4). Wypiliśmy tam tylko po kawie, posiedzieliśmy chwilę obserwując ulicę. To miejsce jest dość alternatywne, ma piękny, kolorowy wystrój. Serwują w nim też alkohol i ciasta.
Po wyjściu z Chaostheorie udaliśmy się do Mauerpark. Ten duży kompleks zieleni przyciąga rzesze ludzi. Dużo osób przychodzi tam grać swoją muzykę (naliczyłam 3 zespoły i przynajmniej 4 solistów :)). Berlińczycy również spędzają tam czas przy grillu i piwie. Zaraz przy parku co niedzielę odbywa się pchli targ. Ogromne ilości stoisk i tłumy ludzi. Możecie tam kupić chyba wszystko: od jedzenia (także wegańskiego), po ciuchy, biżuterię, winyle, książki. Bardzo fajny klimat, choć przeciskanie się wąską uliczką było dość męczące. 
Vis a vis parku znajduje się kolejne wegańskie (w zasadzie wegetariańskie) miejsce: Fast Rabbit (Eberswalder Strasse 1). Znów świetny i oryginalny wystrój, pełno ludzi w środku. Kupiliśmy jedną tortillę w wersji meksykańskiej (fasola, ryż, kolendra, chili) – piekło jak diabli. Z Szybkiego Królika pojechaliśmy tramwajem do wschodniej części Berlina. 
Bardzo spodobało mi się wnętrze Fast Rabbit 🙂
Znowu Veganz (Warschauer Strasse 33) i kawiarnia Goodies. Znowu małe zakupy (m.in lody :)). Nad Veganz mieści się Mio Matto – włoska wegańska restauracja. Niestety, byliśmy zbyt pełni żeby tam wejść 🙂
Pele Mele (Innstrasse 26) to następna kawiarnia, którą mieliśmy zamiar odwiedzić. Nie kupiliśmy tam nic, bo dalej czuliśmy się najedzeni, poza tym wnętrze knajpki jakoś mocno nas nie zachęciło. Ja ostrzyłam sobie pazury na wegańską pizzę w Sfizy Veg 🙂 Jednak zanim tam dotarliśmy to wpierw odwiedziliśmy pobliską naleśnikarnię, Let it be (Treptower Strasse 90). Została ona otwarta niedawno, bo w styczniu tego roku, jednak to trzeba przyznać: od początku trzyma poziom. Niesamowity klimat, ciekawy wystrój, i te naleśniki… jest ich dość dużo do wyboru, a każdy nosi nazwę znanej osoby ze świata filmu. Zamówiliśmy Alicię Silvestrone (o ile dobrze pamiętam ;)) – czekoladowy naleśnik z kremem migdałowym i ciepłymi malinami. Rewelacja, ale porcje ogromne! Chciałam jeszcze skosztować Woodiego Allena (na słono, z kremowym sosem porowym, boczkiem i serem), ale czułam, że go nie zmieszczę. 
Na pamiątkę zrobiłam zdjęcie. Może następnym razem 🙂
Kolejny lokal z ciekawym wystrojem – Let it be.
Pyszny naleśnik z migdałowo-malinowym nadzieniem. Niebo w gębie!
Po naleśniku zrobiliśmy sobie spacer dookoła East Side Gallery, żeby po 20 wrócić do Sfizy Veg (Treptower Strasse 95)
Mój boże, pomóż mi przeżyć tę śmiertelną miłość.

 
Pizzeria i spaghetteria wegańska, Sfizy Veg cieszy się wielką popularnością. Kiedy tam przyszliśmy to był problem ze znalezieniem miejsca, więc usiedliśmy przy barze. Ruch był duży i niestety bardzo długo czekaliśmy na naszą pizzę. Kiedy już ją dostaliśmy…niebo w gębie 🙂 Szybko zjedliśmy i zbieraliśmy się do hostelu, bo było po 22. Generalnie polecam, smaczne jedzenie.
Po zjedzeniu połowy przypomniało mi się o zdjęciu 😉
W poniedziałek rano wracaliśmy już autokarem do Krakowa. Szczerze? Ze smutkiem opuszczałam Berlin. Nie tylko ze względu na to, że jest to raj dla wegan. Po prostu. Było sympatycznie i bardzo kolorowo. Wrócę tam 🙂

(Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie Berlina, służę pomocą.)

Część pierwsza relacji TU

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *