Zdrowe i bezglutenowe brownies czekoladowe

Bardzo lubię przygotowywać różnego rodzaju ciasta i desery. Najczęściej są one zrobione z mąki pszennej razowej, bo nie mam problemów z glutenem. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dużo osób w Polsce i na świecie przejawia nietolerancję pszenicy czy też glutenu w ogóle. No i przecież nie trzeba go jeść w każdym cieście, prawda? Poza tym niektórzy ludzie są permanentnie na diecie i unikają cukru. Albo są świadomi tego, jakie szkody wyrządza w organizmie cukier i go nie spożywają.Właśnie dla takich osób ktoś mądry wymyślił kiedyś ciasta z fasoli. Nie wymagają one w ogóle mąki, choć można dodać (ale po co? :)). Jeśli nie jadacie mąki, poszukajcie proszku do pieczenia bez jej dodatku lub użyjcie sody oczyszczonej – w moim przepisie to jedyny składnik zawierający gluten.
Przepis na te brownies znalazłam na tej stronie i delikatnie zmodyfikowałam. Oryginał zawiera m.in cukier – ja użyłam daktyli i uważam, że to zmiana na lepsze. Ciasto jest bardzo słodkie, więc nie zjecie go za dużo na raz 😉
Bezglutenowe, czekoladowe brownies
2 szklanki ugotowanej czarnej fasoli
2 spore garście daktyli
2 “jajka” z siemienia lnianego (przepis poniżej)
1/2 – 3/4 szklanki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
parę kropelek aromatu amaretto lub waniliowego
łyżka oleju kokosowego lub oliwy
szczypta soli
garść nerkowców
Daktyle zalewamy wrzątkiem (woda powinna je wszystkie przykryć) i odstawiamy na 30 minut. W międzyczasie przygotowujemy “jajka”. Dwie łyżki zmielonego siemienia lnianego łączymy z 4 łyżkami wody i intensywnie mieszamy (można też miksować chwilę w blenderze, ja to robię widelcem). Odstawiamy. 
Do blendera/robota kuchennego wrzucamy fasolę i daktyle z odrobiną wody (pozostałość po ich namaczaniu, nie wyrzucajcie jej). Miksujemy, jeśli idzie to zbyt ciężko to dolewamy więcej wody. Zależy nam na dokładnym zblendowaniu fasoli. Masę przekładamy do miski, dodajemy kakao, sól, “jajka”, aromat, olej i orzechy. Mieszamy do połączenia składników. Przekładamy do foremek na muffinki (lub okrągłej formy na ciasto, jeśli wolicie). Pieczemy 25-30 minut w temperaturze 180 stopni. Jemy po wystygnięciu 🙂
Uwaga: ciasto nawet po upieczeniu będzie dość miękkie i wilgotne – to jest okej, takie ma być. Tam nie ma nic surowego, więc nikt się nie otruje :-))

 W tym tygodniu będę miała dla Was też przepis na walentynkowe blondie z białej fasoli <3

Czekoladowy tort urodzinowy

Mój ukochany miał urodziny w zeszłym tygodniu. Co jest najlepszym prezentem? Oczywiście, jedzenie 😉 Przygotowałam dla niego wypasiony wegański tort. Dziś mam dla Was przepis. Wbrew pozorom, upieczenie wegańskiego tortu nie jest trudne. OK, zajmuje może trochę więcej czasu – ale czyż nie jest tego warte? 😉
Ciacho jest przygotowane w wersji grzesznej – z cukrem. Jeśli unikacie cukru z różnych powodów (co w sumie, jest dość rozsądne), zastąpcie go daktylami lub ksylitolem. Ostatnio wychodzę z założenia, że jeśli piekę coś słodkiego, to ma być grzeszne 😉 
Baza, czyli ciasto czekoladowe przygotowałam z przepisu Jadłonomii – zrobiłam porcję podwójną oraz zastąpiłam mleko wodą. Generalnie, polecam Wam taki sposób przygotowania tortów: 
1. Upieczcie sprawdzony placek (najlepiej czekoladowy, u mnie sprawdza się też marchewkowy)
2. Jak ostygnie to przetnijcie go wzdłuż na pół, posmarujcie kremem lub ulubionym dżemem
3. Na górę przygotujcie krem/polewę i ozdóbcie owocami. Voila!
 
Okej, nie jest to może jakiś super wysmakowany i super odjechany sposób przygotowania tortu, ale on…wychodzi – po prostu zawsze. Myślę, że skuteczność i powtarzalność niejednokrotnie jest ważniejsza.
Teraz, kiedy znacie już moją tajemnicę przygotowywania tortów, zapraszam do przepisu. Załóżmy, że czekoladowe ciasto macie już upieczone – ja piekłam w okrągłej foremce o średnicy 24 cm. Idziemy dalej:
Czekoladowy tort urodzinowy
1 ciasto czekoladowe
1 puszka schłodzonego mleka kokosowego
1 słoik dobrej konfitury wiśniowej lub opakowanie dżemu wiśniowego + kilka wiśni do ozdoby
8 ciasteczek Oreo
1 opakowanie Śmietan-fixu (jeśli macie dobrze schłodzone mleko i wiecie, jak je ubić, żeby się super trzymało – pomińcie ten składnik)
2-3 łyżeczki cukru
Ciasto kroimy wzdłuż na pół, i smarujemy konfiturą, tak żeby całość była pokryta – nie musi być super grubo. Przykrywany górą. Zabieramy się za ubijanie mleka kokosowego – ja to robię w blenderze i daje radę. Bierzecie tylko część stałą. Chwilę miksujemy, dodajemy cukier do smaku oraz śmietan-fix (jeśli używacie) i miksujemy dalej – aż zrobi się nam piękny krem. Rozsmarowujemy ten krem na naszym torcie. Może być tylko na górze, a możecie też pojechać po bokach – będzie super elegancki 🙂 Kruszymy ciastka Oreo i rozsypujemy je na górze tortu. Na to kładziemy kilka wisienek z konfitury do ozdoby. Wkładamy do lodówki na kilka godzin do schłodzenia.  
Tort wręczamy solenizantowi, a puszkę po mleku dajemy kotu do wylizania 😉

269 – co to oznacza? Relacja z wydarzenia w Sauron Tattoo

Być może widzieliście na moim profilu blogowym na Facebooku wzmianki odnośnie wydarzenia 269 Poland Tattoo & Branding event w Sauron Tattoo. Część z Was pewnie wie, o co chodzi, a dla tych, którzy nie kojarzą zupełnie, dziś parę słów na ten temat.

269 to numer wypalony na ciele jednego z cielaków urodzonego na fermie mlecznej w Izraelu. Jego los był przesądzony – został przeznaczony do zabicia na mięso. Na szczęście, krótko przed tym został uratowany. W 2012 roku aktywiści pro-zwierzęcy na znak solidarności ze wszystkimi zwierzętami wykorzystywanymi przez ludzi, dali wypalić sobie na ciałach liczbę 269, dokładnie tak jak znaczone są ciała zwierząt – metalowym prętem. Zobaczcie sobie wideo z tego wydarzenia. Ostrzegam, nie jest zbyt przyjemne.

269 stało się symbolem ruchu wyzwolenia zwierząt.  Jeśli macie ochotę więcej poczytać na ten temat, to warto zerknąć tu .

W Polsce mamy dość prężnie działający oddział 269 Life. W ten ruch zaangażowani są m.in ludzie z wyżej wspomnianego Sauron Tattoo z Rudy Śląskiej. 9.01.2015 zorganizowali wydarzenie, na którym za darmo można było sobie wytatuować lub też wypalić liczbę 269. Warunkiem uczestnictwa było przyniesienie lub przysłanie karmy dla zwierząt, którą później ekipa Sauron Tattoo przekaże okolicznemu schronisku. BARDZO spodobała mi się ta inicjatywa, dlatego kiedy tylko pojawiło się info na ten temat (bodajże w październiku lub listopadzie), nie wahałam się ani chwili i zarezerwowałam sobie miejsce na tatuaż. Na branding nie jestem zbyt odważna i muszę przyznać, że to była dobra decyzja (ale o tym później).

Do Rudy Śląskiej pojechałam razem z Łukaszem, który robił zdjęcia, oraz z Wiktorią i Zosią z Otwartych Klatek (pozdrawiam! :)). Podróż minęła nam szybko i przyjemnie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, to muszę przyznać – nieco zdziwiła mnie lokalizacja – studio tatuażu mieści się na osiedlu 🙂 Wewnątrz pełno ludzi, masa jedzenia i przyjacielska atmosfera. Wszyscy się witają i gadają, nawet jeśli chwilę wcześniej w ogóle się nie znali. Tak działa weganizm 😉 W studio mają też wielkie akwarium z ogromnymi rybami, którymi byłam zachwycona!

Mój tatuaż miał być robiony dopiero o 13, więc wykorzystałam ten czas na poznawanie nowych ludzi i obczajanie, jak wygląda branding. Powiem Wam, że to zrobiło na mnie największe wrażenie.

Najpierw rozgrzewa się metalowy pręt – to było robione jeszcze w studio. Na zewnątrz czekała już osoba do wypalania (najczęściej nieco rozebrana, w zależności od miejsca, w którym chciała mieć wypalone 269). Większość robiła sobie to na nodze – łydce lub udzie. Do 16:00 były to same dziewczyny, nie wiem, czy później ktoś jeszcze przyszedł. Jedna twardzielka (nota bene przyjechała do Rudy aż z Austrii – tylko i wyłącznie na wypalanie, respect!) wypaliła sobie 269 nad piersią. Musiało boleć nieziemsko.

Dlaczego wszyscy czekali na zewnątrz na wypalanie, skoro zima (no i sąsiedzi z naprzeciwka patrzą :-))? Ano z powodu zapachu, można powiedzieć swądu palonej skóry. Nie wiem, czy kiedyś mieliście okazję to poczuć, ale ten zapach od razu budzi nieprzyjemne skojarzenia. Pręt jest przyciskany do skóry zaledwie na kilka sekund, ale to wystarcza. Ja byłam tylko świadkiem wypalania, ale ta niesamowita atmosfera mi się mocno udzieliła. Można choć trochę poczuć (i wyobrazić sobie) ten ból i strach, jaki czują zwierzęta…

W studio byliśmy do 16:00. Rozmawiałam chwilę z twardzielką – Natashą – która powiedziała mi, że w Austrii nie działa ruch 269 Life, dlatego przyjechała na wydarzenie do nas. Miałam okazję poznać osoby, które są zaangażowane w działania prozwierzęce na Śląsku. Wszyscy byli niesamowicie sympatyczni. Większość miała masę tatuaży i kolczyków (czad!). Poznałam też wegetariankę, która jada ryby (sic!), też robiła sobie tatuaż 269 (lol). Szczerze mówiąc, do tamtego momentu nie wierzyłam, że są tacy ludzie.

Mój tatuaż robił Marzan – główna postać Sauron Tattoo. Jego narzeczona, Monika (przecudowna kobieta <3), była zaangażowana w wypalanie oraz w organizację całości. Od razu ich polubiłam :-)))

Poniżej parę zdjęć zrobionych moim telefonem:

Oto wspomniane akwarium 🙂
Cudowny <3
Masa pysznego, wegańskiego żarcia 🙂

Bardzo odważna dziewczyna 🙂

 

Kolejna bardzo odważna dziewczyna.

 

Przygotowanie do wypalania

 

Mocne ulotki. Wzięłam 🙂

 

A tu parę zdjęć z fanpage’a 269 Poland, resztę znajdziecie tu 🙂

 

 

Wegańskie zakupy #2

Dziś chciałabym Wam pokazać produkty, które dostałam lub kupiłam w grudniu. Będzie krótko, ale konkretnie 😉

Ziarna kakaowca – najlepiej surowe. Cudowne źródło magnezu bez zbędnych dodatków. Można kruszyć, dodawać do koktajli, ozdabiać ciasta. Mój egzemplarz jest z Norwegii, ale kupicie w Polsce w eko sklepach.

Fiołek trójbarwny, kłącze perzu oraz korzeń mniszka, czyli mieszkanka na oczyszczanie organizmu. Wbrem pozorom napar jest bardzo smaczny 🙂 
Organiczny, surowy olej kokosowy. Pięknie pachnie i ma masę zastosowań, od pomadki do ust, balsamu do ciała, olejku do włosów, po dodatek do surowych ciast. Lepiej spożywać go na surowo, bo wtedy zachowuje swoje zdrowotne właściwości. Do kupienia na allegro lub w eko sklepach.

Pszenica młoda w proszku – idealna do owocowych smoothies. Duża ilość antyoksydantów 🙂 Kupiłam na www.vegekoszyk.pl, ale możecie ją też dostać stacjonarnie w eko sklepach.

Czy znacie te produkty? Stosujecie? 🙂

Jak wygląda mój kalendarz na 2015 rok?

Generalnie jestem osobą, która nie lubi iść za tłumem i kupować, ubierać czy słuchać tego, co większość. Bardzo lubię inność i indywidualizm. Nie jest to łatwa droga, ale nauczyłam się pewności siebie w tej kwestii i teraz nie wyobrażam sobie żyć inaczej. Z tego też powodu postanowiłam zrobić sobie kalendarz/terminarz. Owszem, szukałam wcześniej w sklepach takich gotowych opcji, ale niestety, żadna mi nie spasowała. Kalendarze, które podobały mi się na allegro, były albo za drogie, albo wykonane z wełny. Wtedy zaczął świtać mi w głowie pomysł, żeby zaprojektować sobie swój własny kalendarz. Bo przecież ładna okładka to jedno, a odpowiednia zawartość to drugie. Jakie były moje założenia przy tworzeniu kalendarza?
1. Każdy dzień na osobnej stronie. Lubię mieć dużo miejsca na notatki
2. Kalendarz na cały rok oraz osobno na każdy miesiąc. Ten pierwszy pozwala spojrzeć na całość, a drugi umożliwia mi wpisywanie zdarzeń i spotkań.

3. Miejsce na cele na 2015 – niezbędne! Dzięki celom idę do przodu i się rozwijam. 
4. Rytuały codzienne – ta karta pozwala mi wypracowywać nawyki, ale też sprawia, że nie zapominam o ważnych czynnościach
 
5. I wreszcie – właściwy terminarz. Przeszukałam Internety wzdłuż i wszerz i znalazłam dość dużo inspiracji. Uznałam, że dla mnie najistotniejsze są: harmonogram, cele na każdy dzień, menu na każdy dzień, ile wody wypiłam, co zrobiłam dla bloga, firmy, nauki programowania oraz nauki języka niemieckiego. 
Jak widzicie, plan dość napięty, a czy to wszystko mam zrobić każdego dnia? Tak sobie założyłam. Do pomocy stworzyłam jeszcze jedno narzędzie: plan dnia.
Usiądźcie sobie wygodnie z filiżanką kawy i herbaty i zastanówcie się, jak ma wyglądać Wasz dzień. O której wstajecie, czy ćwiczycie (i co), w jakich godzinach pracujecie, co robicie wieczorem? Gdzie w ciągu dnia jest miejsce na naukę języka? A czas dla ukochanego? Zaplanujcie dzień realistycznie, ale ambitnie. Niech to będzie Wasz wyznacznik tego, jak chciałybyście/chcielibyście żyć czy też spędzać czas.
Nie trzeba traktować tego planu jak świętej księgi i trzymać się każdego punktu sztywno, życie nas przecież zaskakuje często 😉 Mnie pozwala on nie przebimbać dnia na pierdołki 🙂
Co jeszcze można dodać do kalendarza? Moja znajoma Edyta Zając proponuje stworzyć karty pielęgnacji ciała oraz dbania o dom/mieszkanie. Skorzystałam z tego pomysłu, ale w bardzo uproszczonej wersji. Bo wiecie, ja lubię być zorganizowana, ale często nie potrzebuję wchodzić w takie szczegóły, jakie proponują inni. Moja pielęgnacja ciała jest bardzo prosta, ponieważ jednym z celów na ten rok jest odejście od sklepowych kosmetyków na rzecz tych zrobionych w domu. O tym opowiem Wam przy okazji innego postu 🙂 Jeśli chodzi o sprzątanie domu to bardzo spodobał mi się pomysł Edyty, który mówi, że lepiej codziennie zrobić jakąś część sprzątania i poświęcić na to np. 15-20 minut, niż poświęcać na to cały jeden dzień jak już zrobi się porządny bałagan. Dlatego ja w poniedziałki będę odkurzała i myła podłogi, w środy ścierała kurze, a w soboty podlewała kwiatki i robiła pranie. Zaplanowałam coś na każdy dzień z wyjątkiem niedzieli – kiedyś w końcu trzeba poleniuchować!
Te dwie karty zrobiłam już odręcznie, ale Wy możecie wydrukować je razem z plannerem.
Jeśli spodobał się Wam mój pomysł, to mogę się podzielić plikami. Napiszcie do mnie maila na thebloodycarrot@gmail.com 🙂
Koszt wydruku i zbindowania w Krakowie: 40 zł. Część stron drukowałam w kolorze, ale jeśli zrobicie całość w czerni, będzie jeszcze taniej.
Co sądzicie o takim pomyśle?

Wspomnienia grudniowe

Wow, no to mamy nowy rok. Jakże szybko minął ten 2014, nie? Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię końcówkę i początek roku – to taki magiczny czas, kiedy wszyscy mamy pełno zapału do działania, ćwiczeń, odchudzania się itp 😉 Odczuwam przypływ energii i wiary w to, że ten rok będzie dla mnie dobry. 
Na 2015 przygotowałam sobie kalendarz. Nie byle jaki, bo własnoręcznie stworzony przeze mnie. Mocno spersonalizowany. Ładny. Do drukowania. Zrobiłam to po to, by być lepiej zorganizowaną i zmotywowaną. Jak być może wiecie, poza blogiem prowadzę też firmę Veganised, uczę się programowania, zajmuję się domem i małą kotką. Do tego dochodzą ćwiczenia, nauka języka niemieckiego, gotowanie oraz praca nad związkiem. Nad tymi elementami chcę się skupić w 2015 i dlatego stworzyłam swój kalendarz – organizer. Nie jest tak szczegółowy jak projekt mojej znajomej Edyty Zając 🙂 (chylę czoła, Edyta!), ale zawiera wszystkie istotne dla mnie elementy. Dodatkowo dorzuciłam stronę z grafikiem pielęgnacji (nie jest zbyt skomplikowany) oraz z grafikiem sprzątania (chcę mieć czyste mieszkanie przy minimum wysiłku). 
Zauważyłam, że jeśli mam działać, to cele, działania i wszystko inne muszę mieć na papierze. Elektronika w tym przypadku nie działa.  
Poza kalendarzem motywuję się z dobrą koleżanką do nauki języka oraz do ćwiczeń. Umówiłyśmy się na cotygodniowe wzajemne sprawdzania postępów (przez maila/telefon), wcześniej wrzucając sobie przypomnienia w kalendarz google. Za każde olane ćwiczenie (a zaczynamy od plany minimum – 2 razy w tygodniu po 30 minut) – stawiasz piwo. Dobre? 😉

Kalendarz uwzględnia menu na każdy dzień, mam zatem wielką nadzieję, że uda mi się wrzucać przepisy częściej. Zresztą, posty dwa razy w tygodniu to jeden z moich celów na ten rok. Jak już wcześniej wspominałam, chcę odejść od bloga typowo kulinarnego i dzielić się z Wami także moimi planami, pomysłami na życie i przemyśleniami.
W grudniu wbrew pozorom bardzo dużo gotowałam, ale nie za wiele zostało uwiecznione na zdjęciach, dlatego też nie pisałam o tym na blogu. Przygotowałam dziś dla Was parę zdjęć – wspomnień z tego pięknego, kuchennego miesiąca.
Ciasto Baobab z przepisu Wegan Nerd – pyszne! W tle koreczki i krakersy – Sylwester 🙂

Bezalkoholowy poncz <3

Burgery z warzyw po gotowaniu barszczu – MEGA dobre

Pasztet z fasolki mung, kaszy jaglanej i grzybów

Sernik kokosowy z kaszy jaglanej, z przepisu mistrzyni WegAnki
Kot w skrzynce 🙂
Na koniec zdjęcie z Sylwestra zrobione telefonem, więc jakość słaba, ale zwróćcie uwagę na oczy kota oraz stylowe klapki mojego ukochanego 😉

Na dziś tyle. Szczęśliwego Nowego Roku!!!!