Zielone smoothie – po co, dlaczego i jak je pić

Tak, to oficjalne. Po wizycie w Berlinie możecie nazywać mnie green smoothie addict. Dzień bez tego zielonego napoju to dzień stracony. A wszystko przez cudowne miejsce berlińskie – Daluma i dostępność zielonych smoothie w supermarketach <3.
Oczywiście, bardzo się cieszę z tego obrotu wydarzeń 😉 Oznacza to jedynie, że będę zdrowsza i piękniejsza. Któż by nie chciał? Wy też na pewno chcecie. Dlatego też spróbuję Was trochę do picia zielonych szejków zachęcić. 
Czym w ogóle jest to całe smoothie? Nie można po polsku?
Smoothie (myślę, że bardziej spolszczona wersja to smufi lub szejk, ale wygląda na to, że w języku polskim nie mamy odpowiednika tego napoju) to nic innego tylko zmiksowane owoce z wodą (może być i z mlekiem, choć ja wtedy nazwałaby to koktajl; niektóre przepisy proponują wodę kokosową, zieloną herbatę i masę innych – też okej) i dodatkami. Dodatki tutaj są kluczowe. Żeby powstało zielone smoothie, dorzuca się wszelkiego rodzaju zieleninę – szpinak, jarmuż i tym podobne.
 
Po co pić takie ustrojstwo?
Smoothie, podobnie jak świeżo wyciskane soki dostarczają nam bomby witaminowej w łatwo przyswajalnej formie – napoju. Możecie w nim zmieścić ogromne ilości owoców i warzyw. Możecie sprawić, że bardzo męski mężczyzna pochłonie garść szpinaku i pół główki sałaty i nawet się nie zorientuje. Jeśli Wasza dieta jest uboga w błonnik, to poprzez picie smoothie dostarczycie go sobie bezboleśnie. Generalnie – możemy zadbać o swoje zdrowie w łatwy i przyjemny sposób. Obecnie preferuję szejki nad sokami. Głównie z tego względu, że przygotowanie szejka zajmuje mi mniej czasu niż obranie i wyciśnięcie tony warzyw i owoców na sok 🙂 To oczywiście nie oznacza, że soki są gorsze; po prostu ja odbieram je jako bardziej pracochłonne. Planuję wkręcić się w sokowanie za jakiś czas, na razie smoothie mi wystarcza w zupełności.
Dlaczego zielone smoothie?
Generalnie to szejk w każdym kolorze doda nam zdrowia, ale zielony będzie zawierał ogromne ilości chlorofilu. Chlorofil nazywany jest zieloną krwią – ma strukturę bardzo podobną do hemoglobiny, z tym że jest oczywiście zielony. Działa dobroczynnie na nasze ciała, przykładowo: 
– oczyszcza krew, limfę i płyny wewnątrzkomórkowe
– wydala toksyny z organizmu
– pomaga oczyścić wątrobę
– reguluje poziom cukru we krwi
– likwiduje stany zapalne
– łagodzi objawy astmy
Więcej na ten temat możecie poczytać tutaj.
Wydaje mi się, że każdemu przyda się więcej chlorofilu. Jeśli nawet odżywiamy się sensownie, to jednak mieszkamy w mieście, wdychamy kiepskie powietrze, siedzimy dużo przed kompem i tak dalej. Mnie to w zupełności przekonuje, dlatego piję zielone szejki 🙂
Jak przygotować zielonego szejka?
Będziecie potrzebowali owoców, zieleniny i dodatków. Jeśli chodzi o owoce, to polecam banany (dają fajną konsystencję i słodycz), jabłka, gruszki, pomarańcze, (mrożone) truskawki – wybierajcie najlepiej owoce sezonowe. Jeśli chcecie zaszaleć, to dorzućcie mango lub papaję. Świetnym pomysłem jest dojrzałe, maślane wręcz awokado – nadaje kremową konsystencję. 
Zielenina: wystarczy natka pietruszki. Można również użyć świeżego szpinaku (w takiej Biedronce dostępny cały rok) lub jarmużu (do niego potrzebna mocnego blendera), sałaty, trawy pszenicznej lub spiruliny (w proszku). To tak na początek – później możecie eksperymentować z kolendrą, rukolą i kapustą 🙂
Dodatki: Ja używam zmielonego siemienia lnianego i sezamu, sproszkowanego korzenia macy, wiórków kokosowych, kakao. Siemię i sezam to u mnie pozycje obowiązkowe – siemię dostarcza kwasów omega, a sezam wapnia. Możecie też dorzucić masło orzechowe, zmielone pestki dyni.
Wybierzcie, co lubicie i wrzućcie do blendera, dolejcie trochę wody i zmiksujcie. Voila. Proporcje tak naprawdę są dowolne, ja zazwyczaj daję po jednej sztuce owocu, garści szpinaku, łyżeczce spiruliny i solidnej porcji siemienia.
W miarę jak będziecie szejkować, to wyrobicie sobie swoje ulubione kompozycje. Ważne jest, żeby nie dodawać żadnego cukru.
W ramach inspiracji mój przepis na jednego z lepszych smoothie, jaki mi się ostatnio udało przyrządzić 🙂
Green Giant
1 dojrzałe awokado
1 pomarańcza
1 jabłko
2 banany
duża garść szpinaku
1 łyżka siemienia + 1 łyżka sezamu
1 łyżeczka spiruliny
szklanka wody
Innym razem wyszło mi prawie litr napoju 🙂 Część wlałam do mojego super-szpanerskiego słoiczka i schowałam do lodówki – idealne na następny poranek 🙂

U mnie szejk to obowiązkowa pozycja śniadaniowa. Do niego dorzucam zazwyczaj “właściwe” śniadanie – owsiankę, kanapki na chlebie żytnim, tofucznicę. Równie dobrze możecie zjeść “normalne” śniadanie, a szejka zabrać w butelce do pracy lub szkoły. 
Smacznego! 🙂

Dlaczego przeprowadzę się do Berlina

Być może wiece, a może i nie, że spędziłam w Berlinie dwa tygodnie na przełomie lutego i marca. Uczyłam się programowania :-). To zajmowało mi większość dnia od poniedziałku do piątku, weekendy to randki moje i Berlina. Kocham to miasto. Jeszcze zanim tam pojechałam, to zaplanowałam sobie, że w niedalekiej przyszłości się tam przeniosę. Stąd też pomysł na programowanie – to zawód, który możecie wykonywać z każdego miejsca na ziemi. U mnie na pewno będzie Berlin, Nowy Jork i Tajlandia. A co potem? Zobaczymy. Razem ze mną mój M i Kopytko (zobaczymy, jak kot znosi dalekie podróże ;-)). Jasne, to są na razie marzenia, ale konsekwentnie je realizuję.  Już wiem, co mną kierowało, kiedy w zeszłym roku składałam wypowiedzenie. To jest ta wolność, do której dążę.
A więc Berlin. Poniżej moja fotorelacja z pobytu w stolicy Niemiec, przeplatana powodami, dla których warto się tam przenieść 🙂

20 powodów, dla których warto mieszkać w Berlinie

1. To mocno wegańskie miasto. Mleko sojowe do kawy dostaniecie w większości miejsc, supermarkety (takie jak Kaiser’s) oferują szeroki wybór produktów roślinnych. Dzięki powszechności tego stylu życia ceny produktów są też niższe.
Kawa z mlekiem sojowym i wegański tort w niewegańskiej knajpie.
2. Koszty życia są niższe w porównaniu z Polską. Podobno w Berlinie ludzie narzekają na wysokie koszty wynajmu mieszkań – co nie znaczy, że nie mają pieniędzy na wyjście do kina czy restauracji.
Życie to nie kucyk Pony.
3. Berlin ma dwa sklepy Veganz. Czy muszę dodawać więcej? 🙂
Śniadanie w Veganz
4. Możecie przechodzić przez ulicę gdzie chcecie. Także na czerwonym świetle. Jest to oczywiście nielegalne, ale i tak wszyscy to robią, bo nie ma za to mandatów. Po czym poznać turystę? Czeka na zielone 🙂
5. Świetnie rozwinięta komunikacja miejska. Berlińczycy nie chodzą pieszo. Oni korzystają z komunikacji miejskiej. U-Bahn, S-Bahn, tramwaje, autobusy. Wszystko jeździ niesamowicie punktualnie (może z wyjątkiem autobusów).
Tak, wiem, kolejna kawa z Veganz. Nuudy.
6. Berlińczycy nie chodzą, ale nie jeżdżą też autami. Samochodów jest tam bardzo niewiele, bo wszyscy korzystają z komunikacji miejskiej lub jeżdżą rowerem. Rowerów jest od groma, ścieżki rowerowe prawie wszędzie. Deszcz, czy słońce – jeździ się rowerem.
7. Picie alkoholu w miejscach publicznych jest legalne, a mimo to nie widuje się pijanych ludzi. Przypadek? Nie sądzę.
8. Według Happycow.net w Berlinie jest 282 miejsc, gdzie zjecie wegańsko lub wegetariańsko. Myślę, że nie macie szans się znudzić 🙂
Tosty przekładane szpinakiem, wege szynką i wege serem w Ohlala.
9. A jakby co, zawsze możecie zjeść frytki z wegańskim majonezem 😀
10. Mieszka tu dużo różnych ludzi. Dziwnych, kolorowych, homoseksualnych, z kolczykami, tatuażami, fioletowymi włosami, kosmicznym ubiorem. I co? I nic. Nikt się na Ciebie specjalnie nie gapi, ludzie są tu przyzwyczajeni do odmienności. Znajdziecie tu także masę imigrantów, kobiety w burkach są chlebem powszednim, a język inny niż niemiecki do norma.
11. Ludzie są bardzo pomocni. Zgubiłam się wiele razy, pytając o pomoc po angielsku zawsze ktoś mi odpowiadał i próbował nakierować. Jeden koleś nawet podwiózł mnie autem, żebym była szybciej na miejscu 🙂 Inny z kolei widząc, że nieporadnie próbuję schować bilet do portfela, w drugiej ręce trzymając kawę, przytrzymał mi kubek bez słowa.
12. Jest tu dużo ciekawych rozwiązań architektonicznych oraz masa ciekawych malunków na budynkach. Niesamowicie mnie to jara. Jasne, są też głupoty wymalowane sprejem, ale nie ma ich aż tak dużo.
13. W Berlinie obecnie buduje się nową linię metra. W związku z tym przygotowano miejsce, na które można wejść i z niego obserwować co się dzieje na budowie. Z elementu potencjalnie szpecącego centrum zrobiono atrakcję. Lubię takie podejście.

14. Lubicie gotować? Świetnie, w sklepach znajdziecie dużo produktów roślinnych. Nie lubicie gotować? Świetnie! Jest tyle miejsc, gdzie można coś zjeść. Albo wypić zdrowe, zielone smoothie. Możecie je kupić nawet w supermarketach. Berlin zaraził mnie zielonymi napojami.
15. A propos zdrowego żarcia. Odkryłam świetne miejsce. Daluma. Mocno hipsterskie, ale mocno pyszne i wybitnie zdrowe. Wydałam tam kupę kasy na zielone soki i smoothie. Jadłam też pyszne danie – kaszę quinoa z pieczarkami, sałatą lodową, kiełkami i sosem z masła migdałowego i limonki. Foodgasm! Zdjęcia na Instagramie oraz Facebooku 🙂
16. Berlin to także stolica start-upów. Klimat tego miasta pełen nowych technologii i ciekawych rozwiązań. Chociażby w toalecie.
17. Masa rzeczy się dzieje. Wegański festiwal letni w sierpniu, święto 1-go maja, ogromne koncerty techno/rave na byłym lotnisku. Dla mnie to taki Kraków razy tysiąc. Czy ci ludzie tam w ogóle śpią?!
18. Wbrew pozorom, jest też dużo zieleni. W jednym z parków znalazłam pierwsze krokusy.
19. Mieszkałam w trzech różnych miejscach i trzech różnych dzielnicach Berlina. Za każdym razem była to kamienica o wysokim standardzie. Z tego, co wiem, jest dużo takich mieszkań w mieście. Duży, umeblowany pokój w kamienica 80m2 z centralnym ogrzewaniem (którą dzieli się tylko z jedną jeszcze osobą) za 400 euro miesięcznie? Bajka!
20. Masa ciekawych sklepów i miejsc. Markety azjatyckie, gdzie dostaniesz wszystko potrzebne do przyrządzenia Tom Kha. Raj dla maniaków sziszy. Pchli targ co niedzielę. Specjalistyczny sklep erotyczny 😉
Myślę, że choć trochę Was zachęciłam do odwiedzenia Berlina? 🙂