Pieczona ciecierzyca

Ostatnio zaglądam tu raczej rzadko, a to głównie przez to, że miesiąc temu zaczęłam pracę w bardzo fajnym miejscu w Krakowie. W związku z tym też gotuję mniej, funkcję nadwornego kucharza przejął mój ukochany. W praktyce oznacza to, że jemy głównie warzywne zupy z mrożonki + soczewica ;-), a ja mam okazję coś przyrządzić głównie w weekendy. 
Tydzień temu robiłam samosy, a dziś nadszedł czas na świetną i mega zdrową przekąskę – pieczoną ciecierzycę. Jej przygotowanie jest bardzo proste i może mieć wiele wariantów smakowych. Możecie np. zrobić ją na maxa czosnkową – dodając dużo suszonego czosnku lub też po upieczeniu wymieszać ze świeżo zmiażdżonymi ząbkami świeżego. Jestem pewna, że pieczona ciecierzyca smakowałaby dobrze na słodko – np. z cynamonem i kokosem.
Wersja, którą dziś Wam prezentuję jest odrobinę orientalna. Wymieszałam ciecierzycę z przyprawą garam masala. 
Cieciorkę możecie ugotować sami lub wykorzystać ziarna prosto z puszki. To oszczędzi Wam pracy, a Wy szybciej dorwiecie się do miski z tą jakże pyszną przekąską.
Ciecierzyca to fantastyczny zamiennik czipsów czy innych przegryzaczy. Przyrządzona w ten sposób zawiera niewiele tłuszczu i soli, a dużo roślinnego białka i witamin oraz minerałów – chociażby żelaza, potasu i kwasu foliowego. Podobno w Egipcie uważana jest za afrodyzjak 🙂 Ktoś zauważył tą właściwość? 😉
Pieczona ciecierzyca
2 szklanki suchej ciecierzycy
2-3 łyżki oleju rzepakowego lub oliwy
2-3 łyżeczki przyprawy garam masala
1 łyżeczka mielonego czosnku
1 łyżeczka soli morskiej
0,5 łyżeczki papryki wędzonej
Ciecierzycę namaczamy przez noc, a następnie gotujemy do miękkości (około 40 minut). Odsączamy i lekko osuszamy. Wrzucamy do miski i dodajemy wszystkie pozostałe składniki. Mieszamy, tak aby każde ziarenko było obtoczone przyprawami. Wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy w piekarniku około 30 minut w temperaturze 200 stopni.
Taka cieciorka jest lekko chrupiąca, ale miękka w środku. Idealna do piwa 🙂

Koniec z dietami – recenzja

Koniec z dietami
– recenzja książki dr Joela Fuhrmana
Kiedy otrzymałam
propozycję zrecenzowania najnowszej książki doktora Joela Fuhrmana, znanego
lekarza i sympatyka diety roślinnej, bardzo się ucieszyłam. Tą przyjemność sprawiło mi wydawnictwo
Galaktyka, za co serdecznie dziękuję! 
Jakież było moje
zdziwienie, gdy w jednym z pierwszych rozdziałów przeczytałam o szkodliwości  niskotłuszczowego weganizmu. Fuhrman wymienia
go obok m.in diety Dukana i pisze, że: 
“Te sposoby
odżywiania (…) w rzeczywistości są wyjątkowo szkodliwe i trzymają cię w
pułapce toksycznego głodu i objadania się.”
Pomyślałam sobie “Oho. To chyba nie
będzie książka pro-wegańska”. Na szczęście miło się zaskoczyłam i już
teraz mogę Wam zdradzić, że to pozycja jak najbardziej warta przeczytania. Ale
od początku.
 Dr Joel Furhman to amerykański lekarz,
urodzony w 1953 roku. Zanim zaczął interesować się medycyną, był  łyżwiarzem i reprezentował Stany podczas
mistrzostw świata. Kiedy kontuzja uniemożliwiła mu dalsze uprawianie sportu na
poziomie zawodowym, zabrał się za leczenie ludzi. Ma na swoim koncie już parę
książek z dziedziny żywienia (poza “Koniec z dietami” napisał też
“Trzy kroki do zdrowia”, “Jeść, by żyć” oraz
“Superodporność”).  Jest również
autorem skali ANDI opierającej się na gęstości odżywczej. Wokół niej Fuhrman
stworzył pojęcie diety nutritariańskiej i to jest tak naprawdę jego propozycja
na najlepszy na świecie sposób odżywiania. Nutritarianizm nie różni się jakoś
bardzo od diety roślinnej w super zdrowym wykonaniu, z wyjątkiem tego, że nie
musi wykluczać jedzenia dobrej jakości mięsa od czasu do czasu (w niewielkich
ilościach). Dlatego też ta książka powinna spodobać się nie tylko weganom, ale
także mięsożercom. Mnie do końca nie przekonało podejście “jeśli naprawdę
nie możesz zrezygnować z jedzenia mięsa, to masz tu przepis na burgera z indykiem”,
ale doceniam, że Fuhrman wykazuje się elastycznością i zachęca do znacznego
ograniczenia mięsa wiedząc, że  jest
szkodliwe i przyczynia się do powstawania wielu chorób. 
Co z tym
niskotłuszczowym weganizmem nie tak? Fuhrman zwraca uwagę na dość istotny
szczegół, a mianowicie niedobory NNKT (niezbędnych nienasyconych kwasów
tłuszczowych) u osób stosujących taką dietę. Mówi o tym, że faktycznie nie
potrzebujemy zjadać potraw ociekających olejem, ale nie powinniśmy sobie
odmawiać zjedzenia orzechów, awokado czy pestek dyni. Co więcej, dla niego to
podstawowe, jeśli nie jedyne źródło tłuszczu w nutritariańskim sposobie
żywienia. Autor zaleca nam zjadanie orzechów, pestek i nasion codziennie, jako
element posiłku (np. składnik sosu do sałatki) a nie przekąskę. 
Dieta
nutritariańska w wydaniu dr Joela Fuhrmana to bardzo proste zasady, które mają
zapewnić nam zdrowie i długowieczność. Opiera się na akronimie G-BOMBS będącym
swoistym kompasem w odżywianiu. Skrót ten autor tłumaczy następująco: Zielenina
(G – greens), Strączkowe (B – beans), Cebulowate (O – onions), Grzyby (M –
mushrooms), Owoce Jagodowe (B – berries) oraz Nasiona (S – seeds). Te produkty
spożywcze trzeba jeść często i gęsto. Wcześniej wspomniana skala ANDI, czyli
skala gęstości odżywczej, to nic innego jak ilość składników pokarmowych na
każdą kalorię. Jak wygląda pierwsza dziesiątka na takiej skali? Mogliście się
tego spodziewać – królują warzywa zielonolistne i kapustne. 
A z czym jeszcze
się je ten nutritarianizm? Autor stawia na solidną michę zielonej sałatki
każdego dnia. Fuhrman już wcześniej był zwolennikiem dużej ilości surowizny w
diecie i ten motyw powtarza się i tutaj. Dodatkowo należy spożywać duże ilości
strączkowych jako podstawowe źródło białka.  Zaleca się także kompletne odstawienie
rafinowanych węglowodanów, soli, cukru oraz oleju. Te zasady – fundamenty
podejścia nutritariańskiego – jak widać, są niezbyt skomplikowane. Przychodzi
do głowy myśl, po co w takim razie ludzie katują się np. dietą kapuścianą?
Bardzo ciekawym
elementem książki jest odpowiednie nastawienie do zdrowia i zdrowego żywienia. Fuhrman dużo
czasu poświęca na wyjaśnienie, dlaczego wg niego nutritarianizm jest świetnym
wyborem i co można dzięki niemu zmienić w swoim życiu. Znajdziecie więc dużo
historii ludzi, którzy byli naprawdę chorzy i zaniedbani, a po przejściu na
dietę nutritariańską odzyskali radość życia i zgubili masę kilogramów.
Dodatkowo, książka podpowiada, jak zmotywować się do zmiany. 
Mamy także
przepisy kulinarne, jest ich dość sporo. Bardzo spodobał mi się pomysł menu
tygodniowego dla zabieganych (to coś dla mnie!), bo dzięki niemu widzimy, jak
łatwe jest zdrowe odżywianie. Dla ludzi z większą ilością czasu przewidziano
oczywiście przepisy bardziej skomplikowane, jak chociażby zapiekane roladki z
bakłażana. Uważam, że część praktyczna – czyli właśnie przepisy – są świetnym
uzupełnieniem wcześniejszej teorii. Bez niej ta książka nie byłaby taka
cenna.    
Nutritarianizm
wydaje się być sensowym wyborem. Dzięki niemu nie będziemy zjadać rafinowanej i
mocno przetworzonej żywności, bo takowa nie pojawia się w ogóle w tej diecie
(żegnajcie, czipsy ziemniaczane!). Nie musimy liczyć kalorii ani sprawdzać etykiet. Dodatkowo, Fuhrman obiecuje nam, że będziemy
mogli jeść ile chcemy i że nie będziemy chodzić głodni. To właśnie budzi moje
największe obawy jak na razie. Wśród przepisów nie znajdziecie zbyt wiele
pomysłów na chleb czy kasze, głównie dlatego, że zboża są mocno ograniczone w
podejściu nutritariańskim. Obecnie nie do końca mam pewność, że dam radę się
najeść bez chleba czy jaglanej (nie mówiąc już o ograniczeniu ukochanych
ziemniaków), aczkolwiek chętnie dam szansę nutritarianizmowi. Wierzę w to, że
taki sposób odżywiania może przynieść zdrowie i dać masę energii. Bardzo
polecam Wam książkę “Koniec z dietami”, jeśli potrzebujecie zmiany
lub inspiracji w swojej diecie, bez względu na to, czy jesteście weganami czy
też nie. 
PS: Książkę znajdziecie tutaj 🙂