Słodka pułapka – recenzja

Co jest gorsze – tłuszcz czy cukier? Przez wiele lat media, lekarze i koncerny farmaceutyczne próbowały przekonać nas, że to cukier (węglowodany) jest zły i należy się go wystrzegać. Stąd wzięła się popularność diet wysokotłuszczowych i wysokobiałkowych. Każdy, kogo znam i kto się odchudza, mówi, że ogranicza ziemniaki i makaron. Książka, którą dziś recenzuję, jest kompletnym zaprzeczeniem tych wszystkich tez. 
Doktor Robert H. Lustig to znany specjalista w zakresie endokrynologii dziecięcej. Przez ostatnie 16 lat zajmował się leczeniem otyłości wśród dzieci i badał wpływ cukru na zdrowie. Muszę przyznać, że jego “Słodka pułapka” trochę mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że cukier to coś, czego należy się wystrzegać, ale dzięki lekturze dowiedziałam się dlaczego. Lustig świetnie tłumaczy krok po kroku co się dzieje i jakie narządy/substancje działają i co robią, kiedy zjemy pączka lub wypijemy piwo.
Tak, dobrze przeczytaliście. Piwo. Alkohol to też cukier. Rozkłada się do bardzo nieszczęśliwej formy dla naszej wątroby. W wielkim skrócie – od % tyjemy. Co jeszcze jest złe? Może trochę teorii na początek.
Cukry, czyli węglowodany rozkładają się do trzech form: glukozy, fruktozy i etanolu (taak, to właśnie to piwko z piątku). Okazuje się, że glukoza jest nam niezbędna – to paliwo dla naszego mózgu. Bez glukozy bylibyśmy niczym the walking dead. Etanol w większości trafia do wątroby i przyczynia się w dużej mierze do rozwoju chorób przewlekłych. Zatem moi drodzy, ograniczajcie alkohol. Prawdziwym czarnym charakterem z tej trójki jest jednak fruktoza. W przeciwieństwie do alkoholu, słodzone napoje gazowe, soki i batoniki może kupić każdy. 
No dobra, ale fruktoza to przecież też owoce, czy to znaczy, że mamy ich w ogóle nie jeść? Nie. Owoce poza cukrem prostym (występującym zresztą naturalnie, tu nie ma dosładzania) ma jeszcze witaminy i składnik mega cenny – błonnik. Lustig mówi, że picie soków owocowych jest bez sensu, lepiej zjeść owoc. To soki (zwłaszcza te w dużych kartonach) tuczą dorosłych i dzieci. Rodzice myślą, że soczki są zdrowe, więc ich dzieci piją je od najmłodszych lat, uzależniając się od cukru i przygotowując miejsce w organizmie na choroby typu cukrzyca. 
“Słodką pułapkę” czyta się z ogromnym zaciekawieniem. Lustig rzeczywiście jest ekspertem w dziedzinie leczenia otyłości bo zwraca uwagę na przynajmniej kilka różnych aspektów zdrowia i możliwych przyczyn pandemii otyłości we współczesnym świecie. Prezentuje historie swoich małych pacjentów, które często brzmią dość zatrważająco. Podzielę się z Wami jedną:
“Juan, ważący 45 kg latynoski sześciolatek, którego niemówiąca po angielsku matka pracuje na farmie w Salinas, w Kaliforni, pojawił się w moim gabinecie w 2003 roku. Chłopca łatwiej przeskoczyć niż obejść. Łamaną hiszpańszczyzną pytam jego matkę:
– Nie obchodzi mnie, co twój syn je, powiedz mi, co pije.
Żadnych napojów gazowanych, ale prawie 4 litry soku pomarańczowego dziennie. Biorąc pod uwagę samą wartość kaloryczna, przekłada się to na 50,8 kg tłuszczy odkładanego przez rok. Oczywiście, część z tych kalorii zostanie spalona, możliwe też, że pijąc tyle soku, Juan spożywa mniej pokarmów stałych. Tłumaczę matce:
La fruita es buena, el jugo es malo [owoce są dobre, sok jest zły]. Jedzcie owoce, nie pijcie soków.
Ona na to:
– To dlaczego WIC* nam go daje?”
*Women, Infants and Children – rządowy program dla ubogich, prowadzony przez ministerstwo rolnictwa
Lustig pisze nie tylko o zdrowiu pod kątem medycyny. W jego książce znajdziecie dużo na temat związków pandemii otyłości z polityką. W USA istnieje niezwykle ścisły związek polityki z wielkimi koncernami spożywczymi. Lobby mięsne, mleczne, cukrowe – to oni rządzą krajem. Ludzie biedni otrzymują kiepskiej jakości żywność od państwa i między innymi przez to tyją i umierają z powodu chorób cywilizacyjnych.
Na koniec jeszcze dwa aspekty, które mnie nieco zaskoczyły. Pierwsza kwestia, to zwrócenie uwagi na tzw zespół metaboliczny. To grupa
chorób, w której skład wchodzi m.in cukrzyca, otyłość, nadciśnienie.
Lustig podkreśla, że to zespół metaboliczny zabija, a nie cukrzyca,
która jest “zaledwie” objawem.
Druga rzecz. Dr Lustig mówi, że to nie tak, że otyli ludzie są otyli z powodu swojego lenistwa i obżarstwa (tu trochę bym polemizowała). Podaje przykład kilkumiesięcznego niemowlaka, który mając problemy z hormonami non stop domaga się jedzenie i tyje. Zgadzam się, otyłość to nie zawsze wina danej osoby, ale chyba nie zwalniałabym z obowiązku dbania o swoje zdrowie i myślenia o tym, co jemy. Oczywiście, ludzie biedni, żyjący w kiepskich dzielnicach mają o wiele bardziej ograniczony dostęp do świeżych owoców i warzyw, najczęściej też nie są wyedukowani w tej kwestii. Może właśnie od tego należy zacząć? Wprowadzić obowiązkowy przedmiot – odżywianie – dla dzieci już chociażby w przedszkolu (oczywiście w formie odpowiedniej dla wieku, może np. poznawanie smaku warzyw podczas zabawy) i niech taki przedmiot trwa aż do końca liceum, czy nawet studiów. Wyedukowane społeczeństwo to zdrowsze społeczeństwo. 
Podsumowując – świetnie napisana i przetłumaczona książka. Jest dość gruba i znajdziecie w niej o wiele więcej informacji niż ja zdołałam zawrzeć w tej recenzji. Uważam, że byłaby niezłym podręcznikiem do wykładania w szkołach. Dzięki niej zaczęłam bardziej świadomie patrzeć na to, co jem i piję. Bardzo dobra lektura, polecam.

Książkę kupicie na stronie wydawnictwa Galaktyka

Krem z bobu

Upały już prawie zbliżają się ku końcowi – bardzo mnie to cieszy, bo w taki gorąc nie gotuję praktycznie nic, co nadaje się na bloga 😉 Rano jadam albo kaszę jaglaną z daktylami i masłem orzechowym, albo razowy chleb z olejem lnianym i pomidorami. Na obiad zazwyczaj duszone warzywa – cukinia, cebula, pomidor, papryka – z makaronem pełnoziarnistym. To potrawy, które mi się chyba nigdy nie znudzą… 🙂 Przeplatam to gotowaną fasolką mamut (mój ulubiony przepis znajdziecie tu oraz kalafiorem (przepisy tu i tu). Deser to surowe morele. Lato (oraz jesień) to zdecydowanie czas dla miłośników warzyw i owoców!
 
No dobrze, czas na dzisiejszy przepis. Przedstawiam Wam przepis na najbanalniejszą,  a jednocześnie bardzo sycącą i ogromnie smaczną zupę. Dodatkowo, jest wykonana z sezonowego strączka – bobu. Bób to dobra odpowiedź na pytanie “skąd bierzesz białko?”. No z bobu. Kwas foliowy też – bób ma go bardzo dużo (100 g surowego to 106% dziennego zapotrzebowania!). Poza tym fosfor, potas i masa błonnika. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią bobu 🙂
Z drugiej strony, byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie powiedziała Wam o minusach przygotowywania tejże zupy. Jest jeden. Cały bób po ugotowaniu musicie obrać z łupinek :-/ Proponuję zaprzęgnąć do pracy chłopa – swojego, lub niekoniecznie. Idzie raźniej 😉
Krem z bobu
1kg bobu
2 marchewki
2-3 ziemniaki
2 litry wody
przyprawy: sól, pieprz, płatki drożdżowe, trochę wędzonej papryki
olej lniany i sezam dla ozdoby
Bób przepłukujecie, zalewacie wodą w większym garnku i gotujecie do miękkości. Następnie wyławiacie (! nie wylewamy wody) i w jego miejsce wrzucacie marchewkę i ziemniaki – najlepiej pokrojone w kostkę. Można dodać liść laurowy i ziele angielskie.
W międzyczasie chłop łuska bób.
Kiedy marchew i ziemniaki są już ok, wyciągacie liść laurowy i ziele angielskie i wsypujecie do tegoż garnka bób już bez łupinek. Miksujecie, najlepiej blenderem ręcznym na krem. Doprawiacie do smaku. Tyle 🙂
PS: Sezon na bób zmierza ku końcowi, nie przegapcie 🙂