Relacja z zimowego Runmageddonu

Minął już ponad tydzień od dnia, kiedy po raz pierwszy wystartowałam w zawodach Runmageddon. Dla tych, co nie wiedzą o co chodzi – to takie “lekko” hardkorowe biegi z przeszkodami 😉 Zwykłe bieganie mnie trochę nudzi. Zawody w stylu nieco wojskowym chodziły mi po głowie od dawna, aż w końcu w październiku zeszłego roku spontanicznie zapisałam się na zimową edycję w Warszawie, razem z ekipą Skąd Bierzesz Białko Team. Wybraliśmy Rekruta – czyli bieg na 6 km i +30 przeszkód. Pomyślałam sobie, że skoro wcześniej udało mi się przebiec 5 km, to ten jeden więcej dużym problemem nie będzie. Za największe wyzwanie uznałam czas zawodów – końcówka stycznia, zakładałam, że będzie pizgać. Dotychczas myśl o treningu na świeżym powietrzu w zimie powodowała u mnie gęsią skórkę. Postanowiłam więc, że w 2016 będę walczyć ze swoimi słabościami 🙂
W międzyczasie kiedy przygotowywałam się do zawodów, okazało się, że bieganie na mrozie nie jest takie straszne. Zimno jest tylko na początku. Nieco dygałam tylko z powodu kondycji – wiedziałam, że nadal mam słabe ręce, a zapowiadało się wiele przeszkód, gdzie siła rąk jest kluczowa. 
Zawody odbywały się w sobotę, my startowaliśmy w pierwszej serii po Elite – o 9:30. Do Warszawy przyjechałam w piątek przed 20. Miałam nocować u kolegi, który mieszka na Kabatach – dojazd stamtąd na Akademię Obrony Narodowej to jakaś godzina czasu. W związku z tym, że w piątek nie udało mi się odebrać pakietu startowego, musiałam zjawić się na AONie najpóźniej o 8 w sobotę. Wstałam więc o 5:30 rano, po jakichś 5 godzinach snu, koszmarnie niewyspana i zestresowana zawodami ;-). 
Pogoda. Wzięłam ze sobą wszystkie ciepłe ciuchy do biegania jakie miałam, z wyjątkiem kurtki. Nastawiłam się, że nie może być aż tak zimno. Hm. Było minus 12, albo i minus 15 😀 Na szczęście adrenalina zrobiła swoje i zaczęłam marznąć dopiero po wyjściu z kontenera. Ale o tym później 😉
Atmosfera – było genialnie! Dużo pozytywnych ludzi, uśmiechy, mega wsparcie w trakcie zawodów od tylu osób! Gdyby nie oni, nie pokonałabym wielu przeszkód. Dziękuję wszystkim kolegom biegaczom, którzy mnie wciągali na ściany, podsadzali, ratowali <3. Najbardziej jestem wdzięczna oczywiście Marcinowi, z którym biegłam i który dopingował mnie non stop.
Przeszkody… Powiem jedno – właśnie dla nich wzięłam udział w tym Runmageddonie i będę brała w następnych! Na pewno warto było zacząć od zimowej edycji, bo było naprawdę ciężko. Mróz, lód, śnieg – teraz każde nie-zimowe zawody będą na pewno łatwiejsze! Było dużo mojego ukochanego czołgania, w trakcie którego nie czułam kompletnie, że całe nogi pokrywają mi się różnokolorowymi siniakami 😀 Wszelkiego rodzaju ściany, szpule i liny pokryte lodem – tutaj moje słabe rączki dawały się we znaki. Coś, na co po cichu liczyłam, czyli kontenery z wodą – były 😀 Jeden, woda do kostek na początku, drugi – woda z lodem do pasa – pod koniec. Po wydostaniu się z tego drugiego przy minus 12 czuje się niesamowity ból od pasa w dół, nogi są jakieś takie ciężkie – ale biegniesz dalej. Było też strzelanie – udało mi się trafić do tarczy 🙂
Zresztą, zobaczcie sobie jakie przeszkody przygotowuje ekipa Runmageddonu pod tym linkiem
Na mecie okryto nas kocem termicznym i podano herbatę/herbatę z prądem do picia. Trzeba było też ściągnąć chip z butów. Moje sznurówki były zamrożone, było mi zresztą wszystko jedno, więc poprosiłam o odcięcie nożyczkami 😉 Zdjęcia pamiątkowe z medalami – super przyjemne chwile. Później nawet ciepły prysznic, ściągnięcie tych wszystkich mokrych ciuchów i przebranie się w coś ciepłego – błogość… . Zawody ukończyłam z czasem 1h47min, nawet nieźle jak na pierwszy raz.
Po zawodach ekipą pojechaliśmy do Vegan Pizza i ciepłą herbatę. To był czas, kiedy adrenalina już zeszła i zaczęliśmy chyba wszyscy czuć obite kolana i zmęczone mięśnie. Nie zmienia to faktu, że każdy z nas był zadowolony z zawodów. Ja osobiście doceniam organizację i pracę wszystkich zaangażowanych w nią, a przede wszystkim pomysłowość jeśli chodzi  o trasę i oczywiście przeszkody :-). Najgorzej wspominam chyba drogę od przystanku autobusowego do biura zawodów 😉 – chyba z 15 minut z ciężką torbą było gorsze od chociażby “porodówki”! 😉

Już nie mogę się doczekać kolejnych zawodów. Na pewno czerwiec – Classic w Warszawie, a wcześniej chciałabym zaliczyć jeszcze jednego Rekruta. Po tym zawodach wiem już, nad czym muszę u siebie popracować. Na pewno skupię się na rękach, technice podciągania oraz ogólnej wytrzymałości.
Myślę też o tym, żeby przygotować serię wpisów o wegańskim przygotowaniu do takich zawodów – trening + dieta. Jako Skąd Bierzesz Białko Team ukończyliśmy zawody na 10 miejscu na 38 drużyn, jest to z pewnością powód do dumy. Jako team pokazujemy, że można z powodzeniem startować w tak trudnych i wyczerpujących zawodach i zdobywać fajne miejsca. Nawet ja, z moim wynikiem byłam gdzieś w połowie wszystkich startujących kobiet – to brzmi nieźle 😉
Polecam wszystkim start w Runmageddonie – to nieustanna walka z samym sobą. Ja to bardzo, bardzo lubię. Jest świetny filmik z zimowego Rekruta, koniecznie go zobaczcie – było piekło! ]:-> Link tutaj

Dlaczego każdy powinien zobaczyć “Cowspiracy”

Weganizm często bywa postrzegany jako moda, która niebawem przeminie. Jako widzimisię obrońców zwierząt, którzy noszą skórzane buty i paski. Jako kaprys osób odchudzających się – bo przecież to taka niskokaloryczna dieta. To wszystko brzmi dla mnie jak jakiś ponury żart internetowych trolli. Jasne, są ludzie (i jest ich całkiem sporo), którzy podchodzą do weganizmu, do diety roślinnej właśnie w taki sposób – jem tofucznicę i piję zielone szejki bo to modne i hipsterskie, bo chcę w końcu zrzucić ten brzuch i tak dalej. Ja natomiast z każdym kolejny rokiem mojego weganizmu (w 2016 stuknie mi czwarty) zaczynam coraz bardziej dostrzegać uniwersalność, praktyczność i przede wszystkim potrzebę tego stylu życia. Bo, moi drodzy, weganizm to nie tylko dieta. Weganizm wiąże się z masą innych aspektów poza samym jedzeniem.
Dla mnie najważniejsze jest podejście wyrażające się poprzez cytat “Veganism means trying to suck less”. Wiadomo, że jako ludzie masakrujemy planetę jedząc wegańsko czy też nie. Nie da się w tym momencie nie niszczyć planety, no chyba że wyjedziemy gdzieś na zadupie i będziemy samowystarczalni. Pewnie nawet i wtedy przyczynimy się do szkód. Tu już chyba nie o to chodzi. Nie musicie jako weganie być idealni. Starajcie się być jak najlepszą wersją siebie. Starajcie się nie kupować skóry, wełny, jedwabiu, kosmetyków testowanych na zwierzętach i w miarę możliwości wszystkiego, co niewegańskie. Dzięki temu pomagacie zwierzętom i planecie.
Musicie bowiem wiedzieć (o ile jeszcze nie wiecie), że weganizm jest najlepszym i najtańszym sposobem ratowania planety. Powinien być sztandarową radą wszystkich ekologów, wszystkich organizacji typu Greenpeace i WWF. Dlaczego nie jest? O tym już opowie Wam film dokumentalny “Cowspiracy”, do obejrzenia którego gorąco zachęcam. Ja zobaczyłam go na Youtube.  Dokument ten utwierdził mnie w przekonaniu, że wybierając weganizm, dokonałam jednej z lepszych decyzji w moim życiu.
“Cowspiracy” w moim odczuciu jest jednym wielkim argumentem za wybraniem diety roślinnej. Tu już nawet nie chodzi o cierpienie zwierząt. Tu chodzi o ratowanie Ziemi. Wyobraźcie sobie, że żyjąc mega super ekologicznie (oszczędzanie wody, rower zamiast auta, ograniczanie śmieci itp.) nie zbliżycie się nawet do 1/3 efektu, który można osiągnąć tylko poprzez przejście na dietę wegańską. Masowa produkcja mięsa i nabiału produkuje tyle gazów cieplarnianych, śmieci, odchodów, wycinki lasów i przerabiania ich na jałową ziemię, oraz zużywa tak ogromne ilości wody, że żadne kroki niby pro-ekologiczne nie dadzą rady zatrzymać pędzącej machiny zniszczenia planety. 
Nie potrzebujemy jeść tyle mięsa ani nabiału, ile obecnie jemy jako ludzkość. Powiem Wam w sekrecie, że tak naprawdę w ogóle ich nie potrzebujemy, żeby żyć i czuć się świetnie. Ja na przykład, razem z innymi śmiałkami, przebiegłam tydzień temu Runmageddon 🙂 Opowiem Wam o tym, jak było w następnym poście. Następny start na pewno w czerwcu, a może i wcześniej. (Zastanawiam się, czy bylibyście zainteresowani wpisem o wegańskim przygotowaniu do tego typu zawodów?)
Faktem jest, że aby ratować planetę (którą MUSIMY zacząć ratować – czy się Wam to podoba, czy też nie), powinniśmy przestać jeść produkty odzwierzęce. Bardzo chciałabym, aby każdy z Was zobaczył “Cowspiracy”, dlatego też nie zdradzam za wielu informacji przekazanych w filmie. Myślę sobie, że jeśli ten film nie sprawi, że ktoś zrezygnuje z mięsa i nabiału, to chyba taki człowiek jest po prostu głupim ignorantem.
Wiem, że wygodniej jest nie znać przykrej prawdy. Łatwiej jest kupować tanie mięso, wpierdzielać hamburgery i pizzę z serem. Przyjemniej jest nie myśleć o konsekwencjach naszych zachowań i przyzwyczajeń. Sytuacja robi się jednak na tyle krytyczna, że czas spiąć poślady i powalczyć że swoimi nawykami. Serio.
Więcej informacji na temat filmu znajdziecie tu.

Wegańskie zakupy #3

Uświadomiłam sobie, że już dawno nie wrzucałam Wam zdjęć, tego co kupuję (głównie do jedzenia, oczywiście). Jako że przez ostatnie dni udało mi się zdobyć parę cennych kąsków wegańskich – postawiłam się z Wami podzielić moimi odkryciami. Zapraszam do fotorelacji 😉
Zaczynamy od czegoś niekoniecznie spożywczego – kalendarz na 2016 z memami Marty Frej, który był dodatkiem do sobotniej Gazety Wyborczej. Uwielbiam Martę Frej 🙂

Wyrabiam w sobie nowy nawyk – picie wody z cytryną i kurkumą 🙂 Pijecie? 
Cytryna działa odkwaszająco i oczyszczająco, a kurkuma ma właściwości antybakteryjne i przeciwnowotworowe.

To w zasadzie dostałam od koleżanki – handame maska do twarzy. Skład:  oliwa z oliwek macerowana z lawendą, olejek migdałowy, różowa francuska glinka, płatki dzikiej róży, olejek eteryczny lawendowy.

Taki olej znalazłam w Biedronce – przypomina w smaku lniany, ale jest nieco delikatniejszy. Mniam! Cena ok.9 zł

Smooth the Fruit to miejsce, które znalazłam w Galerii Bonarka w Krakowie już jakiś czas temu, ale dziś miałam okazję znowu tam być, więc… nie mogłam przegapić takiej okazji i nie zakupić mojego ulubionego smoothie ze spiruliną (do tego banan, kiwi, jabłko). Cena 10 zł/300ml

BadaPak…raj dla wegan i nie tylko. Hurtownia, która w swoim asortymencie na prawie wszystko, co potrzebne – kasze, mąki, fasole, orzechy, owoce suszone, oleje, przyprawy. W dobrej cenie. Zamówiłam ostatnio jakieś 32 kg tych dobroci 🙂 M.in mąkę grochową, olej kokosowy nierafinowany, orzechy nerkowca, ryże, kasze, pestki. Cena tej przyjemności? 365 zł, wysyłka pod drzwi gratis.

Trzeba przyznać, że Lidl słucha się Kamili z Więcej Wegańskich i powoli wprowadza do swoich sklepów coraz więcej roślinnych smakołyków. Te dwa mleka są po prostu przepyszne! Jedyny minus – nie ma szans dodawać ich do kawy – od razu się ścinają <przetestowane na razie na ryżowo-migdałowym> 🙁  Cena 7,99 zł/sztuka

 Lidl Lidlem, ale Tesco mnie ostatnio rozłożyło na łopatki swoim asortymentem. Nowe produkty Polsoi (tofu stripsy i inne), jogurty Joya i Valsoia w dobrych cenach (np. jogurt naturalny za 2,99zł), smarowidła Valsoia i Lunter (pasty skwarkowa i farmerska jak dla mnie rządzą, koniecznie spróbujcie. Cena: między 3,29 zł; aha – i gruszkową Valsoi też <3 jest nieco droższa bo 6zł z hakiem), tofu firmy Lunter w bodajże trzech smakach i świetnych cenach (naturalne 3,49 zł, smakowe – 4,29 zł), oraz moje dzisiejsze odkrycie – sojowa śmietanka do kawy – kosztuje 6,79 zł, jest bardzo dobra, coś pomiędzy mlekiem a śmietaną z małego kartonika. 

 Na koniec pasztet pieczarkowy loVEGE od Sante – bardzo smaczny, mocno grzybowy. Skład przyzwoity, cena około 5 zł. Nie, nie jest biały – zjadłam już zawartość tego słoiczka i teraz trzymam w nim ksylitol 🙂