Moje sposoby na odporność

Chorujecie często? Ja na szczęście nie, na pewno dużą rolę grają tutaj warunki w jakich mnie wychowywano – na pewno nie były one sterylne, pozwalano mi się zbrudzić, zjeść coś z podłogi. Całe swoje dzieciństwo spędziłam z psami i kotami u dziadka. Generalnie pozwolono mi pracować na odporność 😉 Dodatkowo jako dziecko praktycznie nie chorowałam – minimalna ilość antybiotyków, nie przebyłam do teraz żadnej choroby zakaźnej. Najgorsze, co pamiętam, to zapalenie oskrzeli i rozwalone kolano 🙂 Tak więc u mnie poziom odporności w pewnym sensie ustawił się w dzieciństwie i jest mi teraz nieco łatwiej niż chociażby mojemu chłopakowi, który przez antybiotyki i przegrzewanie w dzieciństwie ma ten poziom o wiele niższy.
Nie chcę w ten sposób Wam powiedzieć, że jeśli macie tak, jak mój ukochany, to już kaplica i w ogóle. Wręcz przeciwnie. Dzięki odpowiedniemu odżywianiu się i paru innym zabiegom jesteście w stanie odpicować swoją odporność 😉 Osobiście wyznaję zasadę, że najbardziej kluczową rolę odgrywa dieta – dla zdrowia mówiąc ogólnie. Stąd też moje sposoby na odporność głównie opierają się o jedzenie i picie. To, co spożywamy może nas zniszczyć (jak np. fast foody, alkohol itp) albo też i uratować i sprawić, że będziemy czuli się genialnie. Jest takie piękne powiedzenie, że nożem i widelcem kopiemy sobie swój własny grób 😉 Dlatego też wg mnie ten komponent naszego życia jest tak istotny i dlatego też ciągle gadam o jedzeniu (to do wszystkich znajomych, którzy muszą tego słuchać :D). Zatem sposób numer jeden to

odpowiednie odżywianie

Ja oczywiście mam tu na myśli zróżnicowaną i niskoprzetworzoną dietę roślinną. Nie mam zamiaru nikomu doradzać jedzenia mięsa lub nabiału i pozostawiam to Waszemu zdrowemu rozsądkowi. Co rozumiem przez zróżnicowaną i niskoprzetworzoną dietę roślinną? W wielkim skrócie: jemy głównie warzywa, owoce, strączkowe i zboża. Do tego orzechy, pestki, sezam i siemię lniane. Dieta tania i zdrowa. Produkty typu tofu, wędliny, sery i inne cuda mogą pojawiać się w naszym jadłospisie, ale uwaga: nie powinny być jego podstawą 😛 Dzięki temu dieta jest tania i mało przetworzona. Ja np uwielbiam sery Violife i jak wszyscy wiedzą kupuję je w 2,5 kg opakowaniach, ale trzeba przyznać, że dawkuję je mimo wszystko rozsądnie 😀 Aha, witamina B12 oraz w okresie jesienno-zimowym witamina D. I tyle. Jesteśmy ustawieni 😉

No dobra, dieta jest podstawą, a co jeszcze robię dla swojej odporności? To nie będzie rocket science, ale

regularne ćwiczenia fizyczne 

Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie jaką macie wymówkę dla Waszego niećwiczenia. Nie chcę nawet słuchać. Po prostu wstańcie z foteli i ruszcie tyłki. Czym będziecie starsi, tym gorzej będziecie się czuli i ćwiczenia są lekiem na całe zło w tej kwestii. Najlepiej będzie, jeśli będziecie ćwiczyć codziennie. Zacznijcie od porannej rozgrzewki – wystarczy 10 minut. Albo 5 razy powitanie słońca. Albo lekka przebieżka z psem. Cokolwiek. Idealnie będzie, jeśli poza tym będziecie ćwiczyć siłowo – dźwiganie ciężarów to to, co buduje naszą odporność. Ja zaczynam dzień z jogą, a poza tym 3 razy w tygodniu ćwiczę crossfitowo. Do tego dorzucę niebawem bieganie na zewnątrz. W końcu Runmageddon za 3 miesiące 😀

Rano zaczynam dzień pijąc wodę z cytryną. Czasem dorzucam do tego kurkumę lub imbir. Taka

woda z cytryną 

doskonale oczyszcza nasz organizm i usprawnia przemianę materii. Kurkuma dodatkowo działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Samo zdrowie 😀
Wieczorem razem z chłopakiem robimy

zielony sok

Mamy wyciskarkę, najtańszą opcję kupioną na allegro. Staramy się, aby taki sok miał w sobie jak najwięcej zieleniny – wrzucamy jarmuż, natkę pietruszki, seler naciowy, szpinak. Do tego jakieś inne warzywa typu burak, papryka, marchew, ogórek, cukinia. Na sam koniec odrobina imbiru, parę jabłek lub gruszki, pomarańcze itp oraz sok z połówki cytryny. Dorzucamy też nieco dobrej jakości oleju – żeby witaminy rozpuszczalne w tłuszczach lepiej się wchłaniały.
Nie bójcie się miksować owoców i warzyw. Ważne jest, żeby ten sok był bardziej warzywny niż owocowy, a już na pewno nie polecam Wam soków tylko owocowych. Dlaczego? Generalnie lepiej zjeść pomarańczę, niż wypić sok pomarańczowy. Oglądałam dokument o cukrze, w którym pokazano, na czym polega pułapka soków owocowych. Jedna osoba dostała obrane pomarańcze, druga sok pomarańczowy. Istotne jest to, że w dzbanku była ilość soku odpowiadająca ilości pomarańczy w całości. Obydwie kobiety miały jeść/pić do momentu, kiedy poczują sytość. Laska od owoców była w stanie zjeść jakieś 1.5 pomarańczy, podczas gdy ta druga wypiła prawie cały dzban soku. Dlaczego? Całe owoce zawierają masę błonnika, który syci, dzięki czemu nie zjadamy ich tak dużo. Sok niestety to sama fruktoza, która masakrycznie podnosi poziom cukru.
Mi w sokach zależy na witaminach i chlorofilu znajdującym się w zielonych warzywach. Owoce powinny tylko dodawać słodyczy. Mój ulubiony przepis ostatnio brzmi mniej więcej tak:

2 małe gruszki
2 małe, zielone jabłka
2 duże pałki selera naciowego
2-3 garście jarmużu (takiego już posiekanego)
cały pęczek natki pietruszki
mały kawałek imbiru
sok z 1/2 cytryny
Ponieważ soki teraz pijemy praktycznie codziennie, postaram się wrzucać tu więcej przepisów 🙂
 

Jakie są Wasze sposoby na odporność? 🙂

 

Banalny deser walentynkowy

Nie wiem, czy świętujecie taki dzień jak dziś (tak zwane walentynki). Zresztą, on i tak już dobiega końca. Czy dla swojego ukochanego, swojej ukochanej, czy też dla siebie – zróbcie ten deser. Jest niezwykle prosty, robi się go dość szybko, a smakuje wybornie. Kokos i czekolada – tego typu połączenia nie mają prawa nie smakować 🙂 Foodporn w czystej postaci. 
Staram się, żeby w mojej diecie nie występowały składniki niemające żadnej wartości odżywczej, typu biała mąka, biały ryż czy cukier rafinowany. Desery uwielbiam słodzić np. daktylami, bananami lub też ostatnio ksylitolem, który poza słodkim smakiem ma właściwości antygrzybiczne i bakteriobójcze. Kosztuje około 30 zł/kg, myślę, że warto w niego zainwestować. Nie słodzę w ogóle kawy, herbaty oraz innych napojów, więc używam go głównie do ciast i deserów. 
Mój pudding z tapioki spełnia wszystkie kryteria przyzwoitego deseru. Jest słodki, mocno czekoladowy, sycący. Przy okazji – zdrowy, jak na deser 😉 Czekolada gorzka 74% i ksylitol sprawiają, że możemy nie czuć się aż tak bardzo winni. Zresztą, jeśli tylko czujecie się winni z powodu jedzenia, polecam solidny trening 😀
Ok, koniec gadania, czas na przepis 🙂
czekoladowy pudding z tapioki 
150 g tapioki (u mnie mniejsze kuleczki)
1 puszka mleka koko 400 ml
1 tabliczka dobrej, gorzkiej czekolady
1/3 szklanki ksylitolu lub innego dobrego słodziwa
kokos i ziarna kakaowca do ozdoby (lub cokolwiek innego, co lubicie)
(ewentualnie woda do podlania tapioki)
Tapiokę wsypujemy do garnka, zalewamy mlekiem kokosowym i odstawiamy na 30 minut. Po tym czasie dolewamy trochę wody (na początek 1/3 – 1/2 szklanki) i zaczynamy gotować na nie za dużym ogniu. Czekoladę łamiemy na mniejsze kawałki i wrzucamy do tapioki. Dodajemy też cukier. Kulki powinny gotować się około 15 minut, ale mogą potrzebować trochę więcej czasu. Zorientujecie się czy są już dobre po konsystencji – masa zrobi się bardziej gęsta. Kiedy już tapioka będzie miękka i przezroczysta, wyłączamy palnik, a masę przelewamy do salaterek, szklanek lub innych naczyń, które lubicie. Ja ozdobiłam swój deser wiórkami kokosowymi i ziarnami kakaowca, ale z dżemem, owocami, czy wegańską bitą śmietaną będzie równie pyszne. 
Najlepiej smakuje schłodzone 🙂