Był sobie pies – recenzja

“Ciepła jak nagrzany brzuszek szczeniaczka. Inteligentna niczym Berneński Pies Pasterski. Zabawna bardziej niż memy z Piesełem.”

Dotychczas miałam okazję recenzować pozycje głównie związane z jedzeniem i dietą wegańską. Tym razem jednak na tapetę wzięłam “Był sobie pies”, książkę, która przez rok nie schodziła z listy bestsellerów The New York Times, a w Polsce miała swoją premierę 1 lutego. Na jej podstawie został nakręcony również film i u nas do kin wchodzi 17 lutego. Wybieracie się?

Zacznę od tego, że książka bardzo mi się spodobała, mimo że na co dzień nie czytam tego typu rzeczy. Myślę, że z własnej woli filmu bym również nie zobaczyła, nie jestem fanką kina familijnego. Z drugiej strony, jestem bardzo ciekawa, jak reżyser rozwiązał pewne istotne kwestie. Nie wiem, czy nie spoileruję teraz, ale chyba najfajniejszym elementem książki jest to, że jest pisana z perspektywy psa. Dzięki temu mamy niesamowitą okazję wczuć się w pozycję zwierzęcia i zobaczyć, jak ono postrzega otaczający go świat.

Autor “Był sobie pies” – W. Bruce Cameron – spędził długie lata nad poznaniem unikalnej psychiki psów oraz niezwykłej więzi, jaka łączy je z gatunkiem ludzkim. Dzięki temu to, jak opisywana jest rzeczywistość przez psa, nie odbiega pewnie znacząco, od tego jak psy widzą ją same (niestety, nie mamy jeszcze możliwości zapytania któregoś psiura ;-)). Przez to książka jest naprawdę ciekawa i wciągająca. “Przerobiłam” już w swoim życiu kilka psów i uważam, że tego typu pozycja jest w stanie nauczyć ludzi tego, jak pies myśli i odbiera nasze zachowanie i czyny – bardzo przydatne! 

Interesujące także było dla mnie, jak pies postrzega upływający czas i na jakiej podstawie stwierdza, że minął chociażby rok. Do elementów nie do końca w moim odczuciu realnych mogę zaliczyć np. rozumienie ludzkiej mowy przez Baileya, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, jak inaczej można by nakreślić pewne kwestie/sytuacje w książce. To na pewno jest coś, co chciałabym zobaczyć na filmie – niezwykle intryguje mnie, jak zostanie przekazane patrzenie oczami psa w kamerze. 

Drugim wartym uwagi zwrócenia zabiegiem jest z pewnością “odradzanie” się psa w celu spełnienia swojej życiowej misji. Bailey chce uszczęśliwić bliskich mu ludzi i jest w stanie zrobić w tym kierunku naprawdę wiele. Kiedy piszę te słowa i przypominam sobie fragmenty książki, to mimowolnie się wzruszam. “Był sobie pies” kilkukrotnie sprawił, że miałam łzy w oczach. Nie polecam czytania w miejscu publicznym ;-).

Znalazłam również wiele fragmentów, które mnie rozbawiły, głównie z powodu toku myślenia Baileya. Zacytuję Wam mój ulubiony. Akcja dzieje się w momencie, kiedy Dymka – kot towarzysz głównego bohatera, umiera.

“Następnego dnia, gdy Mamusia i chłopiec pojechali do szkoły, udałem się na podwórko i wykopałem Dymkę, stwierdzając, że nie mogli przecież chcieć zakopać martwego kota w tak idealnym stanie.” 


;-))

Książka jest niezwykle przyjemna i “ciepła”. Polecam ją każdemu miłośnikowi zwierząt, a w szczegolności osobom, które planując przygarnąć do siebie psa. Myślę sobie też, że byłoby świetnie, gdyby była to lektura w szkole podstawowej – na pewno przyczyniłaby się do zwiększenia świadomości i przede wszystkim empatii wobec zwierząt.

Co u mnie + zapowiedzi

Dwumiesięcznej przerwy od pisania czegokolwiek na blogu dawno nie miałam. Mea culpa. Standardowo dużo się działo. Dojrzewam jednak powoli do tego, żeby powrócić do regularnego pisania, a dzisiejszy post niech będzie tego dowodem 😉
Pobawmy się na początek w małe Q&A session. 
Q: Co działo się u Ciebie Justyna, przez ostatnie dwa miesiące?
A: Paanie, dużo. Zacznijmy od tego, że głównie programowanie się działo. Uczyłam się dużo i pracowałam. Biegałam. Oglądałam seriale. Ogarniałam przeprowadzkę do innego mieszkania. 
Q: Co z tą przeprowadzką, jest już za Tobą?
A: Tak, na szczęście tak. Oficjalnie przeniosłam się we wtorek i od tego dnia mieszkam w Gdańsku-Oliwie. Jak na razie jest super, mimo, że dalej do morza.
Q: A jakie seriale nam polecisz?
A: Ostatnimi czasy oglądam naprzemiennie trzy: Lucifer, Ash vs Evil Dead oraz Salem. Wszystkie dotykają tematyki sił nadprzyrodzonych. Uwielbiam!
Q: Jak z Twoją formą na Runmageddon, kiedy startujesz?
A: Czy możemy pominąć to pytanie? 😀 No ok. W grudniu regularnie trenowałam i biegałam i było całkiem nieźle. W styczniu zaczęłam intensywniej pracować i wstyd się przyznać, ale głównie jadłam i siedziałam przed kompem. Carb-loading na maksa. Teraz, kiedy już mam przeprowadzkę za sobą, mogę na spokojnie wrócić na siłownię, zwłaszcza, że mam CityFit pod nosem. 
Runmageddon miał być wstępnie w styczniu, ale przenieśliśmy z kumplem start na maj (oraz czerwiec, tak przynajmniej planujemy). To będzie wegański rozpier*ol.
Teraz o tym, co będzie:
1. Myślę, że trochę zmian związanych z blogiem się szykuje. Przede wszystkim zmiana nazwy. Chciałabym odejść od tematyki stricte wegańskiej. Nie oznacza to, że zaczynam jeść mięso – o nie 😀 Po prostu, zależy mi na większej uniwersalności przekazu. Chcę, żeby nazwa była bardziej ogólna, a jednocześnie charakterystyczna. Będzie też logo – ładne 🙂
2. W tym miesiącu wrzucę recenzje dwóch książek. Jedna kulinarna, druga nie.
3. Zapragnęłam zostać modelką. Niestety, moje wymiary są nieco mniej standardowe, niż w świecie modellingu, ale od czego mamy alternatywę? Więcej na ten temat napiszę, jak będzie gotowa pierwsza sesja :))
4. Z początkiem stycznia stworzyłam sobie konto w tookapic i dzielnie wrzucam foty każdego dnia. Zerknijcie. Jestem hardkorem i podjęłam się double challenge’u – na swoim instagramie robię dokładnie to samo 😀 Po co to robię? Lubię robić zdjęcia, a tego typu wyzwania pozwalają wg mnie zauważyć więcej tego, co jest wokół nas. Skupić się na szczegółach. Zatrzymać się na chwilę.
5. Jeśli chodzi o tematykę postów na blogu, to mam w głowie następujące hasła: jedzenie / muzyka / programowanie / czarownice / feminizm / wolność / tatuaże / kolczyki / minimalizm / podróże / zdjęcia / natura.
Co myślicie o tym wszystkim? 😉