Lifebook #11 i #12

Kiedyś, na pewnym szkoleniu w Krakowie usłyszałam hasło, które chyba mogę nazwać moim motto: Brak zmian to śmierć. Kocham zmiany. Pławię się w nich niczym ryba w wodzie. Często są one u mnie z premedytacją wprowadzane w życie, ale czasem to po prostu pójście w tany w losem i wzięcie tego, co mi daje. Przede wszystkim jednak, od mniej więcej dwóch lat bardzo mocno kieruję się swoją intuicją i tak zwanym gut feeling. Bardzo mocno słucham sygnałów płynących z mojego ciała. Dzięki temu w 2016 wyprowadziłam się z Krakowa (po 10 latach) do pięknego Trójmiasta. Nieco wcześniej już, rzuciłam korpo i zaczęłam naukę programowania. W zeszłym roku zakończyłam 8-letni związek, co, jak możecie podejrzewać nie było ani trochę łatwe ani przyjemne. Nieco później, idąc za głosem intuicji dałam szansę nowej znajomości z Tindera i przed świętami wyszłam za mąż. Wow. Ja i małżeństwo. Ja i podwójne nazwisko. Wszystko zadziało się wręcz błyskawicznie, ale znowu – od samego początku intuicja mówiła mi, że będzie dobrze. I jest. Nie żałowałam jeszcze ani jednej decyzji podjętej pod wpływem impulsu z mojego wnętrza, dlatego też bardzo sobie w tej kwestii ufam.

Rozpoczął się nowy rok i znowu czekają na mnie zmiany. Wyprowadzka z Trójmiasta (Szczecin, a potem Berlin, w końcu!) i nowy rozdział w życiu – małżeństwo – to dwie największe. Jaram się bardzo, choć po wyprowadzce na pewno będzie mi brakować bliskości plaży i trójmiejskiego klimatu (nie wspominając o bliskich mi osobach). Będę tu wracać z pewnością. Planuję także nowe tatuaże (a jakby inaczej!), dużo wyjazdów (na koncerty i nie tylko), powrót do regularnego trybu życia z nawykami, które towarzyszyły mi parę miesięcy temu, zanim zaczęłam żyć miłością :D.

Dwa ostatnie miesiące 2017 roku minęły mi bardzo szybko. W listopadzie poza pracą parę fajnych spotkań, dużo dobrego jedzenia, nowy tatuaż (dzięki, Ula!).

Grudzień to wiadomo – przygotowania do ślubu, kupowanie obrączek, zaklepywanie gości na piwo i pizzę po ślubie, ostatnie ustalenia pt. co na siebie włożę i jak się pomaluję. Intercyza, wybieranie koszulki, kombinacje ze świadkiem, trochę stresu i sruu. Poza tym spotkania, jedzenie, strzelnica, piwo. Święta i Sylwester minęły przesympatycznie z już-mężem. Bardzo leniwie, ale chyba oboje tego potrzebowaliśmy.

Cała reszta na zdjęciach, zapraszam!

      

Wschód słońca widoczny z mojej kuchni 🙂

Wegańskie rogale świętomarcińskie – przepyszne <3

Kolejny tatuaż (5-ty w 2017 roku), tym razem czaszka i maczki <3

To cudo znalazłam we Fresh Markecie. Słodki jezu, jakie to pyszne.

Ta książka nadal czeka na zrecenzowanie. Bear with me! 😛

Wegańska pizza w Ludovisku. IMO najlepsza w Gdańsku.

Skoro sezon na dynie, to i piwo dyniowe. Dość mocne, dynia słabo wyczuwalna. Chyba drugi raz nie kupię jednak.

Koteł śpi w swoim legowisku. Senny miesiąc.

Koteł śpi w nogach kociego taty, awww.

Oranżada ogórkowa. Brzmi dziwnie? Może. Mi smakuje 🙂

Miłe zaskoczenie – marchewkowo-dyniowe kotleciki z Frosty okazały się niezwykle smaczne. Jaram się i będę kupować.

Be Vege, nie róbcie takich produktów. To obok parówek nawet nie stało 🙁

Falla Gdynia – idźcie tam jeść koniecznie! Sezonowy wrap grzybowy przyprawił mnie parę razy o foodgasm.

Przerobiłam dwie dynie – na zupę, sos do makaronu i na ciasto. Wyszła w sumie głównie zupa 😛

To, że lubię czipsy, wie już chyba każdy. Te „prażone w kotle” są po prostu bardziej chrupiące. Smaczne.

Nazwa dość niefortunna, ale piwo bardzo smaczne. Wyczuwalna czekolada i maliny. Polecam.

Fukafe – ciasta, kawa i cudowne spotkanie z Anią. Dziękuję <3

Avocado Przymorze i wegańska zapiekanka drwala. Omnom

Zachód słońca w Oliwie

Pierwszy raz w życiu poszłam na strzelnicę. Byłam z chłopakami z pracy, jeden z nich ogarnia jak strzelać i był naszym instruktorem. Co ciekawe, czym cięższa broń, tym lepiej mi się z niej strzelało. Hitem okazała się strzelba 😀

Wegańska pizza w Bresno – (chyba) nowootwarta knajpa w Brzeźnie. Bardzo przyjemne zaskoczenie, do tego poznałam smak oliwy truflowej i się w niej zakochałam <3

Selfie na plaży zawsze na propsie.

Zatoka Gdańska w grudniu – prawda, że pięknie?

Zrobiłam sobie mini-prezent na Mikołaja i wzięłam darmową kawę ze Starbucksa (za zebrane gwiazdki) 😀

Odwiedziny w gdańskiej Krowarzywie. Zawsze biorę seitanexa (chyba, że jest topinamburex). Tak w ogóle, to gdzie się podział wegan bekon?!

Byłam drugi raz w kociej kawiarni w Gdańsku. Chodzę tam tylko dla kotów, bo ceny wysokie, i niezbyt vegan-friendly miejsce. Tzn. są ok, bo mają mleko sojowe (dopłata 2 zł…) i czasami zdarza się im ciasto wegańskie. Tyle. Słabo.

Spotkałam się tam z dawno niewidzianą kumpelą, dobrze było pogadać.

Mój (już teraz) mąż parę godzin przed ślubem. Czekaliśmy na SKM, żeby dotrzeć do notariusza.

Kocham ten uśmiech <3.

Ahh co to był za ślub 😉 Zdjęcia autorstwa Sylwii Macholi – tutaj możecie polubić jej fanpage.

 



2 thoughts on “Lifebook #11 i #12”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 − twelve =