Superfoods z ogrodów, łąk i lasów – recenzja

“Superfoods z ogrodów, łąk i lasów” to już kolejna pozycja z wydawnictwa Muza, którą mam przyjemność recenzować. Tym razem będzie o lokalnej superżywności – roślinach, które rosną w naszych ogrodach, łąkach i lasach. Babka lancetowata, jarzębina czy zwyczajna koniczyna – okazuje się, że to, co dotychczas uznawałam za zwyczajnie rosnącą roślinę czy nawet chwasta, jest skarbnicą witamin i minerałów.

Co bardzo podoba mi się w tej książce, to lokalne i sezonowe podejście do żywności. No jasne, możemy wydawać kupę kasy na jagody goji czy spirulinę (swoją drogą lubię i to, i to), ale możemy podczas spaceru do lasu znaleźć jakieś lokalne zielsko, które zjemy i będziemy tak samo zdrowi. Oszczędzamy kasę i jesteśmy ekologiczni. Win-win.

Książka zawiera w sobie opisy roślin oraz pomysły na przepisy kulinarne z ich wykorzystaniem. Lubię połączenie teorii i praktyki, z tym że uważam, że przepisy są czasami zbyt przekombinowane (ale to może moje lenistwo kuchenne się odzywa). Mamy też podział na pory roku. Potrawy nie są wszystkie wegańskie, jest nawet bulion na kurze, ale to nie jest duży problem – przecież wszystko da się zweganizować.

Co jest bardzo przydatne, to masa informacji na temat każdej rośliny: właściwości zdrowotne, co zbierać lub w jaki sposób spożywać. Brakuje mi jeszcze nieco większych zdjęć ziół po to, by móc z książką chodzić po lesie czy łące i samodzielnie zbierać.

Tak jak wspominałam, przepisy kulinarne są dla mnie troszkę za skomplikowane (choć zdjęcia wyglądają obłędnie smacznie), po prostu lubię krótszy spis składników 😉 Zainspirowałam się jednak z pewnością i przyrządziłam banalną lemoniadę z kwiatów bzu czarnego.

Potrzebujecie kwiatów bzu czarnego (co chyba oczywiste… :D), należy je obrać w miarę dokładnie z gałązek (= zależy nam na kwiatach, nie zielonych elementach), bez zgniłych części czy robaczków. Ja miałam około 15 kwiatów, to zalałam wrzątkiem (1,5 l). Dorzuciłam gałązkę świeżego rozmarynu oraz świeżą werbenę (może być mięta, melisa, co tylko lubicie). Odstawiłam na noc, rano odcedziłam. Przelałam większość do słoika i schowałam do lodówki, a jakąś szklankę zostawiłam. Napar jest dość intensywny, więc dobrze go rozrzedzić wodą (1:1 u mnie). Można dodać cytryny, pomarańczy, cukru lub miodu, kostek lodu <3

Wegańskie przepisy dla leniwych

W maju tego roku minęło już 5 lat, od kiedy przestałam jeść mięso i produkty odzwierzęce. Szmat czasu. Powoli mogę zacząć odpowiadać na pytania będące źródłem strachu i wątpliwości wszystkich mięsożerców.

Czy dieta roślinna jest trudna? (Nie)

Czy nabawiłam się niedoborów? (Nie)

Czy podczas wizyty w łazience walczę z pająkiem, żeby nie wciągnął mnie pod wannę? Śmiejcie się, ale mój tata snuje przede mną taką wizję za każdym razem, kiedy odwiedzam dom.  (Nie)

No i najważniejsze, skąd biorę białko?? (Nie biorę. Tak naprawdę to umieram z powodu niedoborów białka.)

Oczywiście z tym białkiem to żartowałam. To tylko moja odpowiedź na pytanie, którego szczerze nie cierpię. Tak jakby jedynym źródłem białka było mięso. Tak naprawdę, białko znajduje się praktycznie wszędzie, nawet i w bananach. Oczywiście – w niewielkich ilościach, ale jeśli jemy sensownie przez cały dzień to nie ma bata, żebyśmy nie dostarczyli sobie dziennego zapotrzebowania (nie wspominając już o tym, że wcale znowu aż tak dużo tego białka nie potrzebujemy, jak mówi  dr Greger). Zresztą nie tylko białka, ale też witamin i minerałów. Więc nie peniajcie.

Co, jeśli jestem leniuchem?

Muszę się przyznać, że podczas gdy jeszcze 2 lata temu chciało mi się kombinować w kuchni i gotować jakoś bardziej wykwitnie (oczywiście, jak na moje standardy…), to obecnie jem bardzo prosto i dość powtarzalnie. Spędzam o wiele mniej czasu w kuchni – bo mi się nie chce i nie mam weny. Sprzedam Wam parę patentów na to, jak zjeść w miarę szybko, smacznie i bez dużego wysiłku.

  1. Lista ulubionych potraw. U mnie to np. kalafior z bułką tartą, hummus, tofu z cukinią i pomidorem. Produkty na ulubione potrawy powinny być w miarę często dostępne, tak, żeby w razie głodu można było je szybko przyrządzić 😉 Staram się mieć w lodówce zawsze kostkę tofu czy tempehu, ulubione mrożone warzywa (można tanio kupić większą ilość) czy też fasole w puszce.
  2. Sprawdzone kombinacje. Jestem leniwa, więc najczęściej łączę jakieś warzywo (cukinia to u mnie numer jeden, pasuje do wszystkiego – tak jak ziemniaki) z kaszą, ryżem lub makaronem i chociażby fasolą z puszki. Tak, wiem, lepiej jest kupować suchą fasolę, namaczać i gotować, ale…puszka jest szybciej 😉
  3. Jak nie wiem co jeść – jem ziemniaki lub tempeh. Rada bardzo subiektywna, ale te dwa produkty mogę jeść ZAWSZE.
  4. Nie bawię się za często z fasolami. Chodzi mi o namaczanie i gotowanie – kupuję w puszce lub korzystam z czerwonej soczewicy (mój kolejny faworyt). Jeśli mam czas i ochotę, to namaczam ciecierzycę i robię falafle.
  5. Kupuję świeżo wyciskane soki – dzięki temu dostarczam sobie bomby witaminowo-minerałowej. To trochę kosztuje, ale wg mnie warto.
  6. Jem warzywa i owoce solo. Zamiast robić desery z owoców, wcinam je w całości (czasem blenduję z wodą lub mlekiem na koktajl). Jem samą kapustę kiszoną. Oszczędzam czas na gotowaniu 😉
  7. Kupuję sprawdzone gotowce. Nie, nie robię wszystkiego z fasoli. Kiedy jestem w Biedronce, często kupuję warzywne sajgonki. PiP ma całkiem spoko pierogi ze szpinakiem. Nie są to rzeczy, które jem codziennie, ale niejednokrotnie uratowały mi życie.

Parę pomysłów

Brązowy ryż ze szparagami, fasolką pinto (z puszki), na górę truskawki. Ryż trochę się gotuje (jakieś 40 min), ale szparagi potrzebują z 15 min na patelni, a reszta to już chwilka.

Makaron ze szparagami, pieczarkami, słonecznikiem, sezamem i dynią. Kroję dość drobno pieczarki i duszę je tak długo, aż są miękkie. Lubię makaron, bo gotuje się szybko i pasuje ze wszystkim. Dorzucam gdzie mogę pestki i nasiona.

Sok tłoczony na zimno – sama zielenina.

Ok, przyznaję, tu trochę mnie poniosło 😛 Domowej roboty czekoladki. Czekolada to … roztopiona czekolada deserowa Wawel, trochę oleju kokosowego. Do środka dałam zblendowane daktyle z odrobiną soli. Zajęło mi to może 30 minut.

 

Jakie są Wasze ulubione, proste potrawy? 🙂

Dieta Smartfood – recenzja książki

Kiedy słyszę o jakiejś nowej diecie, to zazwyczaj podchodzę do tematu bardzo sceptycznie. Dlaczego? Bo diety nie działają. Oczywiście, mam tutaj na myśli klasyczne diety odchudzające, typu dieta Dukana, dieta 1000 kalorii itp itd. Zazwyczaj jest tak, że po dniach lub tygodniach wyrzeczeń chudniemy, a po zakończeniu owej diety kilogramy wracają z nawiązką. Człowiek jest z natury leniwy, więc daje się nabrać marketingowi takiej diety, która obiecuje 10 kg mniej w miesiąc, czy coś podobnego. Niestety (lub też stety) mądre chudnięcie wymaga czasu oraz pewnego wysiłku.

Mianem diety określa się także sposób odżywiania, np dieta wegańska lub bezglutenowa. Do tej grupy z pewnością zaliczyłabym dietę Smartfood, o której mowa w książce autorstwa Eliany Liotty. Trzeba tutaj dodać, że obok pani Liotty do napisania tejże pozycji przyczyniły się jeszcze dwie osoby – Pier Giuseppe Pelicci oraz Lucilla Titta, także narodowości włoskiej.

W książce dowiadujemy się na czym polega proces starzenia się komórek – dla mnie temat niezwykle ciekawy – oraz co i jak wpływa na prędkość starzenia.To posłużyło jako baza do stworzenia diety smart.

Dieta Smartfood wyszczególnia 20 produktów longevity – wydłużających życie oraz 10 produktów protective – ochronnych. Ku mojej uciesze, wszystkie te produkty są wegańskie 😉 – to konkretne warzywa, owoce, orzechy, nasiona, zboża i przyprawy. Wybór każdego z nich został dość dobrze wyjaśniony i poparty wynikami badania naukowego. Może to być zatem dla nas wskazówka przy komponowaniu posiłków. W moim zrozumieniu nie chodzi o to, żeby codziennie jeść te wszystkie 30 produktów, ale raczej o to, żeby je w miarę regularnie uwzględniać w swojej codziennej diecie.

Poza teorią znajdziemy też przykładowy jadłospis z uwzględnieniem produktów wyżej wymienionych, oraz podział na dwie fazy diety smart – szczegółowy instruktaż, jak zacząć jeść smart.

Najsłabszym punktem książki w moim odczuciu jest część nazwana Fakty i Mity – odpowiedzi na często zadawane pytania. Uważam, że większość pytań powtarza się w milionie innych książek o odżywianiu i naprawdę nie ma sensu drukować ich i tutaj. Odniosłam też wrażenie, że pewne kwestie zostały potraktowane po macoszemu.

Mimo to, uważam, że Dieta Smartfood jest dość interesującą książką, bo patrzy na odżywanie przez pryzmat starzenia się komórek, dzięki czemu możemy jeść mądrze, zdrowo i najprawdopodobniej żyć dłużej :-).

lifebook #8

Seria #lifebook jest dla mnie swojego rodzaju pamiętnikiem i kalendarzem, dzięki niej gromadzę swoje wspomnienia i wydarzenia z życia. Zauważyłam w ogóle, że robienie zdjęć jest dla mnie ogromnie przyjemne, a dzięki temu, że biorę udział w projekcie 365 tookapic, to jestem de facto zmuszona do fotografowania każdego dnia. Czasem marudzę, ale generalnie sobie to chwalę.  Zapraszam Was na podsumowanie kwietnia na zdjęciach.

Tarta z masłem orzechowym – Tłok Cafe

Trójmiejski GirlGang

Znacie Blimsien i jej super bloga? Jeśli nie, koniecznie się zapoznajcie. Moja imienniczka dostarcza naprawdę wartościowy kontent. Wokół bloga powstała grupa na fejsie i zaczęły się tworzyć lokalne grupy dziewczyńskie. Zapoczątkowałam grupę trójmiejską, jest nas trochę ponad 10. Spotykamy się na kawę i rozmowy. Poniżej foto z kwietniowego spotkania, kiedy została już tylko trójka 😉 uwielbiam Was laski <3

Fukafe

W końcu odwiedziłam słynną, wegańską kawiarnię w Gdańsku. Zakochałam się w wystroju, bardzo przypomina mi berlińskie kawiarnie. Ciasta wyglądają i smakują obłędnie, nie wspominając o szerokim wachlarzu napojów. Bardzo polecam <3

Funia Niunia

Zdjęcie mojej koty zrobione z dołu – ten słodziak się w ogóle nie zmienia <3 w sierpniu 3 lata.

Koncert Hocico

15 kwietnia pojechałam do Wrocławia na koncert Hocico do klubu Firlej. Miejscówka raczej o niskim standardzie, ale koncert pierwsza klasa. Nie mogę się doczekać kolejnego. Miałam też to szczęście, że udało mi się kupić koszulkę prosto od zespołu 😉

Koncerty kwietniowe

Wyżej wspominane Hocico oraz Perturbator – dwa koncerty na bardzo wysokim poziomie, oba za śmieszną kasę. Perturbator będzie również w Gdańsku za mniej niż miesiąc – będę 🙂

Life is good

Poduszka z Fukafe ze słowami, które są swego rodzaju moim motto. Nie narzekam 🙂

Mgła w Gdańsku

Bardzo lubię mgłę, a w kwietniu mieliśmy nad morzem parę takich dni, gdzie niewiele było widać.

Park oliwski

W końcu udało mi się odwiedzić słynny park w mojej obecnej dzielnicy. Jest przepiękny. Na zdjęciu dopiero wszystko zaczyna się zielenić, coś czuję, że będę tam częstym gościem.

Koncert Perturbatora

James Kent, aka Perturbator zrobił show, jaki zapamiętam na długo. Superzdolny chłopak. Czekam na więcej. Warszawski klub Progresja również wywarł na mnie dość duże wrażenie, to idealne miejsce na koncerty.

TOG i Pleśń

Gdański klub Wydział Remontowy organizuje cykliczne imprezy, na które chodzę – Walka Dekad oraz TOG (Temple of Goths). Na ostatnim TOGu pojawił się duet djów – Pleśń. Bardzo, bardzo miła muzyka <3

Wolontariat Runmageddon

Formę mam słabą, więc zamiast biec, pomagam w organizacji. Tym razem stałam głównie na mecie i wręczałam medale 🙂 Było męcząco, ale baardzo sympatycznie. Na zdjęciu z kolegami z Warszawy.

Sushi w Warszawie

Przed wyruszeniem z Warszawy do Gdańska po koncercie Perturbatora kupiłam sobie sushi na dworcu PKP. Zwróćcie uwagę na małą buteleczkę z sosem sojowym 😉

Śniadanie

Dalej jem prosto. Staram się zwiększać ilość dobrych tłuszczów oraz roślinnego białka w swojej diecie.

Wernisaż zdjęć Oli – Rox Shots Gigs

Wiooosna!

Zachód słońca

Powrót z meetingu React’Up w Gdyni <3

Przepisy na szczęście – recenzja

“Przepisy na szczęście” autorstwa Mai Sobczak, którą możecie kojarzyć z bloga Qmam kasze, trafiła w moje ręce dzięki wydawnictwu Muza. Ostatnio nie mam weny w kuchni, gotuję bardzo prosto i staram się temu poświęcać minimum czasu. Przyznam jednak, że przeglądając przepisy z tej książki, nabrałam ponownie ochoty na pichcenie.

Przepisy na szczęście

Książka Mai to nie tylko pomysły, jak coś ugotować. To także dużo opowieści z dzieciństwa i podróży. Historie o tym, jak najprostsze potrawy mogą smakować obłędnie. Autorka czaruje już od pierwszych stron:

Oddaję w Wasze ręce odrobinę siebie, inspiracje, czas, kolory i smaki mojego życia. Łyżkę szczęścia, miłości i zaangażowania. Niech ta książka żyje, niech będą na niej tłuste i mączne ślady paluchów, Wasze komentarze  i rysunki, zagięte rogi i przylepione karteczki z adnotacjami. Do szczęścia wystarczy pierwszy błysk w oku.

Jaka tematyka na nas czeka? Maja skupia się na przepisach z ryżu, komosy ryżowej, chia i kiszonkach. Lubię tego typu pozycje – ograniczenie się do używania tylko konkretnych produktów wyzwala dużą dozę kreatywności. Martwiłam się trochę, czy nie będzie to przegięcie w drugą stronę – w końcu quinoa jest w Polsce ciągle droga, niestety. Być może lepszym pomysłem byłoby zastąpienie jej czymś bardziej “naszym”. Są za to kiszonki, które koniecznie muszę wypróbować. Przepisy ogólnie są proste – co uważam, za wielki plus.

Bardzo podoba mi się też to, że Maia gotuje w klimatach pięciu przemian, ponieważ jest to nurt kulinarny, który od jakiegoś czasu mnie dość ciekawi. Sama odkrywam potęgę przypraw i ziół, staram się dobrze odżywiać mój organizm. Jednym z przepisów, który stosuję praktycznie od kiedy skończyłam czytać książkę, jest szot z kurkumy. Nie trzymam się jakoś bardzo proporcji, po prostu mieszam składniki na oko 😉 Zazwyczaj idzie więcej soku z cytryny.

1/4 łyżeczki mielonej kurkumy

łyżeczka soku z cytryny

1/2 łyżeczki dobrego miodu (u mnie syrop ryżowy)

szczypta czarnego pieprzu

odrobina wody

Uwielbiam zdjęcia, które znajdują się w “Przepisach na szczęście”. Są nieskomplikowane, bardzo minimalistyczne – takie jak osobiście lubię najbardziej.

Podsumowując – serdecznie polecam Wam “Przepisy na szczęście”. To książka pełna ciepła i ciekawych, acz nieskomplikowanych przepisów. Myślę, że skłania też nieco do refleksji, zachęca do tego, aby zwolnić w życiu.

Jak zacząć programować – dekalog dla kobiet i nie tylko

Jak zacząć programować? Jak rzucić korpo i nauczyć się Rubiego? Czemu jesteś taka odważna? Tego typu pytania dostaję dość regularnie w formie offline i online. Pomyślałam sobie, że dziś opowiem Wam trochę o tym, jak ja zaczęłam swoją przygodę z kodzeniem i co polecam dla osób początkujących. Z góry mówię, że żadna ze mnie wybitna programistka – ciągle się uczę, ciągle uważam się za późniego juniora. Jeszcze długa droga przede mną, co nie przeszkadza mi się trochę powymądrzać 😉

Poniższy dekalog zaprezentowałam już jakiś czas temu uczestniczkom kolejnej edycji Django Girls w Krakowie, dziś czas na pokazanie tego światu. Ja napisałam go z myślą o dziewczynach i kobietach, które zaczynają programować, ale uważam, że owe zasady są bardzo uniwersalne.

Zdaję sobie też sprawę, że polecam Wam konkretne języki i frameworki, a o innych nie wspominam ani słowem – pls don’t hate, piszę o tym, na czym się mniej więcej znam.

I Nie bój się – poradzisz sobie

Ten punkt kieruję w szczególności do dziewczyn. Wiele z nas uważa, że nie ma ścisłego umysłu, że programowanie jest trudne i nigdy sobie nie poradzą. Programowanie jest trudne – zgadzam się. Czy potrzeba do niego tzw. ścisłego umysłu? Nie wydaje mi się.

Według mnie nauka programowania to tylko kwestia samozaparcia, bycia konsekwetnym i odpowiednia motywacja. Z drugiej strony, umiejętność programowania a bycie dobrym programistą to niekoniecznie to samo.

Nie trzeba także studiować informatyki lub pochodnych, żeby kodzić. Wszystkiego można się nauczyć samemu. Nie jestem fanką płatnych kursów typu CodersLab. Mi osobiście byłoby trochę szkoda kasy, w momencie kiedy cała wiedza jest dostępna w necie za darmo.

II Frontend czy backend? Nieważne

Myślisz, że chcesz programować, ale nie wiesz od czego zacząć? Pomyśl, do czego programowanie ma być Ci potrzebne. Chcesz robić strony internetowe? Tworzyć szpanerskie aplikacje dla startupów? Pracować ze sztuczną inteligencją?

Jeśli nigdy wcześniej nie miałaś styczności z kodem, to zacznij od podstaw – HTML, CSS. Później Javascript. Zostań tu, jeśli Ci się spodoba i zacznij ogarniać jakiś fajny framework lub bibliotekę – u mnie na tapecie React <3

Idziesz głębiej? Pomyśl o Pythonie lub Rubim jeśli marzy Ci się tworzenie aplikacji internetowych (do tego koniecznie framework typu Django lub Ruby on Rails – ja tak zaczynałam).

To nieistotne, czy zajmiesz się frontendem czy backendem, najważniejsze, żeby Twój wybór Cię faktycznie kręcił i kodzenie w nim sprawiało przyjemność.

III Pytaj o to, czego nie wiesz

No ok, ale przecież ja nic nie wiem. Co mam zrobić, jak pojawi się jakiś błąd? Skąd wiedzieć, jak coś zainstalować?

Spokojnie. Tak jak wyżej pisałam – w necie jest wszystko. Uważam, że w pracy programisty niezwykle istotna jest umiejętność korzystania z Google. Dodatkowo, istnieje genialne stackoverflow.com, dzięki któremu rozwiązałam już masę swoich problemów. Prawdziwe kodzenie zaczyna się wtedy, kiedy nie znajdujesz rozwiązania problemu w Internecie 😉

IV Miej wokół siebie ludzi

Wujek Google to jedno, pomoc w postaci człowieka też jest przydatna. Polecam na początek znaleźć sobie mentora lub osobę, która pomoże, kiedy wszystkie źródła internetowe zawodzą. Najlepiej jeśli będzie to ktoś doświadczony. Może pomóc również zadawanie pytań na forach lub grupach FB, zanim jednak to zrobisz, użyj wyszukiwarki – być może takie pytanie już się pojawiło.

V Socjalizuj się i wspieraj

Kiedy zaczynasz i dopiero wchodzisz w branżę, to fajnie jest pojawiać się na różnego rodzaju wydarzeniach. Dowiesz się nowych informacji i poznasz ludzi. To może się później przydać, kiedy będziesz szukać pracy. W momencie gdy coś już umiesz – dziel się wiedzą. Nie zniechęcaj.

VI Ucz się nieustannie. Za darmo

W Internecie można znaleźć masę darmowych kursów, tutoriali i książek. Osobiście zaczynałam od codeacademy.com, codeschool.com, egghead.io . Jeśli chodzi o HTML/CSS/JS – dokumentacja jest na tyle świetna, że zazwyczaj zapoznanie się z Mozilla Developer Network oraz docsami frameworków wystarczą. Oczywiście, jeśli jesteście kompletnymi świeżynkami, ogarnijcie wpierw tutoriale.

VII Ogarnij Linuxa i gita

Jeśli planujecie kodzić, to prędzej czy później trzeba będzie przesiąść się z Windowsa na Linuxa lub Maca. Tańszą opcją jest oczywiście Linux, chyba, że jesteście już dumnymi posiadaczami sprzętu z jabłkiem w logo. Czy to Linux czy Mac, na początek zapoznajcie się z terminalem i jego podstawowymi komendami. To jest bardzo podstawowa i obowiązkowa wiedza. Tak samo git, czyli system kontroli wersji – najlepiej na przykładzie Githuba. Github tak poza tym będzie waszym portfolio. Generalnie, w IT liczy się to, co umiecie – więc fajnie jest mieć choć jeden lub dwa projekty do pokazania.

VII Praktykuj zawzięcie

Naprawdę, nie potrzebujecie kończyć studiów, żeby programować. Bardzo fajną alternatywą jest Odin Project oraz Free Code Camp. Dodatkowo, masę darmowych kursów znajdziecie też na i EdX. Teoria swoją drogą, ale najważniejsza jest praktyka. Piszcie dużo swojego kodu i analizujcie czyjś kod – chociażby na Githubie. Projekty, projekty, projekty. Tak nauczycie się najwięcej. Z góry mówię, że najwięcej czasu pewnie przyjdzie Wam poświęcić na szukanie błędów. Dlaczego to nie działa? Dlaczego to działa? Ogarnijcie też Dev Tools – najlepiej na Chrome. Umiejętność debuggowania jest na wagę złota.

IX Nie trać swojego stylu

Punkt kierowany głównie dla kobiet. To, że wchodzicie w branżę ciągle jeszcze opanowaną przez facetów, nie znaczy, że musicie się zachowywać tak, jak oni. Pozostańcie sobą, zaznaczajcie swój styl. Zróbcie sobie fajne i oryginalne CV. Komunikujcie się otwarcie.

X Podążaj za głosem serca

Tak, wiem, straszne cliché, ale dużo w nich prawdy. Jeśli czujecie się źle w obecnej pracy, zawodzie itp., zmieńcie to. Czasem jest to nieco prostsze, czasem wymaga trochę więcej wysiłku. Kiedy rzucałam korpo, miałam naprawdę dobrą sytuację zawodową – umowa na czas nieokreślony, fajny zespół, ekstra klienta. Mimo to, czułam się nieszczęśliwa – realizowałam swoje pasje po godzinach pracy, kiedy byłam już dość zmęczona. Bardzo mnie to frustrowało, bo to, co robiłam w pracy, niezbyt mnie interesowało i nie czułam potrzeby rozwoju, wspinania się po kolejnych szczeblach kariery. Porozmawiałam szczerze z szefem, zgodziłam się na dłuższy okres wypowiedzenia i poczułam ogromną ulgę (mimo, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, co będę dalej robić zawodowo, programowanie pojawiło się parę miesięcy później). Potrzebowałam mniej więcej dwóch lat, żeby ogarnąć się finansowo w nowej branży. Ten czas był cholernie stresujący i momentami nieprzyjemny, ale nie żałuję zmiany.

 

Mam nadzieję, że moje spostrzeżenia i wskazówki okażą się dla Was pomocne. Co o nich myślicie?

W razie pytań, wątpliwości, zapraszam do kontaktu na maila.

Lifebook #7

Ostatni #lifebook był jeszcze w zeszłym roku, a więc jak możecie się spodziewać, od tamtej pory zdarzyło się dość dużo. Zmieniłam pracę, przeprowadziłam się do innego dzielnicy Gdańska, poznałam masę nowych i fajnych ludzi, udało mi się również odwiedzić Kraków oraz rodzinny Rybnik.

Nie będę opisywać wszystkich szczegółów, ale przygotowałam dla Was parę fajnych zdjęć. Jak zwykle, będzie jedzenie.

Koncert “Zimowe piosenki Franka Sinatry”

W sumie, nie jestem przekonana, że wybrałabym się sama z siebie na taki koncert, ale szli koledzy i pytali czy idę. Więc poszłam i wzięłam też M. Było pięknie i magicznie, choć bardzo krótko – to jedyne rozczarowanie. Szkoda też, że taki koncert nie był w grudniu – bo piosenki były mocno świąteczne.

Coffeedesk

Czy pisałam już kiedyś, że kocham kawę i kocham coffeedesk.pl ? To jak dla mnie główne źródło kawy do parzenia alternatywnego. Zdjęcie przedstawia prezent, który dostałam “pod choinkę” od obecnego współlokatora. Kawa była przegenialna, sama wybierałam 😉

Koteły dwa

czyli Tofik i moja Funia (po prawej). Przez pół roku wspólnego mieszkania dość dobrze się dogadywały. Funia jest dwa razy mniejsza, ale zazwyczaj to ona prowokowała bójki i gryzła nieszczęsnego Tofencjusza w tyłek 😀

Bałtyk zimą

Uwielbiam bardzo. Jest niewiele ludzi, a woda jest krystalicznie czysta. No i ten jod. I muszelki. I w ogóle. Kto nie był nad morzem polskim w zimie, koniecznie powinien spróbować 🙂

Wege Rybnik

Ku mojemu zaskoczeniu, w Rybniku funkcjonują już dwie wege knajpki. Masala, która działa kilka dobrych lat (jakieś 10 minimum, odprawiałam tam bodajże 19 urodziny), oraz Wege Baobab – rok. W obu miejscach jedzenie jest przepyszne i mają opcje wegańskie. To jest dobra zmiana.

Znowu Bałtyk zimą – to zdjęcie z 1 stycznia 🙂

Zmiana mieszkania i lokalizacji

Do końca stycznia mieszkałam w Nowym Porcie, gdzie de facto jedynymi plusami były bliskość morza i fajna współlokatorka. Teraz wynajmuję przytulne mieszkanie w Oliwie, zaraz przy Trójmiejskim Parku Krajobrazowym i dzielę je wraz z kolegą z byłej pracy. Jest też oczywiście moja kota Funia. Fajnie jest.

Kraków

W tym tygodniu spędziłam 3 dni w Krakowie. Bardzo przyjemnie było tu wrócić i wydać kasę na pyszne jedzenie 😀 Spotkałam się z milionem ludzi, zjadłam tonę wegańskiego żarcia i wypiłam litry napojów. Smogu nie stwierdzono. Odwiedziłam Karmę, Tekturę, Novą Krovę, Pod Norenami, Oriental Spoon, Alchemię i Omertę <3

Proste jedzenie

Od jakiegoś czasu jem prosto. Nie chce mi się kombinować w kuchni. Najchętniej jadłabym tempeh, fasolkę szparagową, kalafior i chleb z oliwą i pomidorami. Ser violife. To jest sens życia 😛

Tłok

Jeśli chodzi o kawiarnie w 3city, to jestem wielką fanka Drukarni gdańskiej i gdyńskiego Tłoku. Genialni ludzie, pyszna kawa i dobra energia. Nawet udało mi się wygrać w domino!

Proste jedzenie cd.

Ulubione śniadanie: tofu, warzywa i chleb. Z patelni. Rewelacja.

Trójmiejski Park Krajobrazowy

Byłam tam jak na razie raz, ale od jutra będzie biegane. Jak na razie, jestem oczarowana <3

Wiosna w Krakowie

Odwiedziłam Kraków po ponad pół roku mieszkania w Gdańsku. Dużo się nie zmieniło, nadal jest fajnie, nadal czuję się jak u siebie w domu. Z tym, że… obecnie chyba wolę Gdańsk 😉

 

 

Jak zostałam alternatywną modelką

Słowem wstępu

No ok, tak naprawdę jeszcze nie jestem alternatywną modelką, ale mam za sobą pierwszą sesję zdjęciową – a na horyzoncie kolejną.

Ale zanim o tym. Witam Was na nowej odsłonie mojego bloga, z nowym adresem, szablonem i totalnie nowym logo (przygotowała je cudowna Aleksandra Kulus). O tym, dlaczego planowałam takie zmiany, pisałam w jednym z poprzednich postów. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy udało mi się zmobilizować i wprowadzić plan w życie ;). Jakie wrażenia?

Tak jak pisałam, nieco zmieni się tematyka tego bloga. Będą nadal przepisy, ale nie chciałabym się na nich skupiać. Będzie przede wszystkim o mnie (ahh, ten narcyzm). Planuję Was inspirować do zmian. Zmiany są super. Kiedyś, na jednym ze szkoleń, usłyszałam hasło, które towarzyszy mi do dziś. “Brak zmian to śmierć”. Zbyt ekstremalne? Może. Mi pasuje. Wierzcie mi, nie ma sensu tracić czasu na zadowalanie innych. Trzeba zadowalać siebie.

Alternatywna modelka

Wracając do sesji zdjęciowej. Cudownym zrządzeniem losu okazało się, że są w Trójmieście dziewczyny, które myślały o takich samych zdjęciach jak ja. Hasła typu czarownica, las, pentagram, świece sprawiły, że momentalnie złapałyśmy wspólny język 😉 Efektem tego jest sesja zdjęciowa, której zajawkę wrzucam Wam poniżej, a resztę możecie sprawdzić chociażby na profilach dziewczyn na instagramie: Sylwia oraz Ola.

Zdjęcia robione przez Sylwię:

somewhere in woods

casting a spell

sleeping beauty

Zdjęcia robione przez Olę:

tattoed sleeve

candles

enlighten

Był sobie pies – recenzja

“Ciepła jak nagrzany brzuszek szczeniaczka. Inteligentna niczym Berneński Pies Pasterski. Zabawna bardziej niż memy z Piesełem.”

Dotychczas miałam okazję recenzować pozycje głównie związane z jedzeniem i dietą wegańską. Tym razem jednak na tapetę wzięłam “Był sobie pies”, książkę, która przez rok nie schodziła z listy bestsellerów The New York Times, a w Polsce miała swoją premierę 1 lutego. Na jej podstawie został nakręcony również film i u nas do kin wchodzi 17 lutego. Wybieracie się?

Zacznę od tego, że książka bardzo mi się spodobała, mimo że na co dzień nie czytam tego typu rzeczy. Myślę, że z własnej woli filmu bym również nie zobaczyła, nie jestem fanką kina familijnego. Z drugiej strony, jestem bardzo ciekawa, jak reżyser rozwiązał pewne istotne kwestie. Nie wiem, czy nie spoileruję teraz, ale chyba najfajniejszym elementem książki jest to, że jest pisana z perspektywy psa. Dzięki temu mamy niesamowitą okazję wczuć się w pozycję zwierzęcia i zobaczyć, jak ono postrzega otaczający go świat.

Autor “Był sobie pies” – W. Bruce Cameron – spędził długie lata nad poznaniem unikalnej psychiki psów oraz niezwykłej więzi, jaka łączy je z gatunkiem ludzkim. Dzięki temu to, jak opisywana jest rzeczywistość przez psa, nie odbiega pewnie znacząco, od tego jak psy widzą ją same (niestety, nie mamy jeszcze możliwości zapytania któregoś psiura ;-)). Przez to książka jest naprawdę ciekawa i wciągająca. “Przerobiłam” już w swoim życiu kilka psów i uważam, że tego typu pozycja jest w stanie nauczyć ludzi tego, jak pies myśli i odbiera nasze zachowanie i czyny – bardzo przydatne! 

Interesujące także było dla mnie, jak pies postrzega upływający czas i na jakiej podstawie stwierdza, że minął chociażby rok. Do elementów nie do końca w moim odczuciu realnych mogę zaliczyć np. rozumienie ludzkiej mowy przez Baileya, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, jak inaczej można by nakreślić pewne kwestie/sytuacje w książce. To na pewno jest coś, co chciałabym zobaczyć na filmie – niezwykle intryguje mnie, jak zostanie przekazane patrzenie oczami psa w kamerze. 

Drugim wartym uwagi zwrócenia zabiegiem jest z pewnością “odradzanie” się psa w celu spełnienia swojej życiowej misji. Bailey chce uszczęśliwić bliskich mu ludzi i jest w stanie zrobić w tym kierunku naprawdę wiele. Kiedy piszę te słowa i przypominam sobie fragmenty książki, to mimowolnie się wzruszam. “Był sobie pies” kilkukrotnie sprawił, że miałam łzy w oczach. Nie polecam czytania w miejscu publicznym ;-).

Znalazłam również wiele fragmentów, które mnie rozbawiły, głównie z powodu toku myślenia Baileya. Zacytuję Wam mój ulubiony. Akcja dzieje się w momencie, kiedy Dymka – kot towarzysz głównego bohatera, umiera.

“Następnego dnia, gdy Mamusia i chłopiec pojechali do szkoły, udałem się na podwórko i wykopałem Dymkę, stwierdzając, że nie mogli przecież chcieć zakopać martwego kota w tak idealnym stanie.” 


;-))

Książka jest niezwykle przyjemna i “ciepła”. Polecam ją każdemu miłośnikowi zwierząt, a w szczegolności osobom, które planując przygarnąć do siebie psa. Myślę sobie też, że byłoby świetnie, gdyby była to lektura w szkole podstawowej – na pewno przyczyniłaby się do zwiększenia świadomości i przede wszystkim empatii wobec zwierząt.

Co u mnie + zapowiedzi

Dwumiesięcznej przerwy od pisania czegokolwiek na blogu dawno nie miałam. Mea culpa. Standardowo dużo się działo. Dojrzewam jednak powoli do tego, żeby powrócić do regularnego pisania, a dzisiejszy post niech będzie tego dowodem 😉
Pobawmy się na początek w małe Q&A session. 
Q: Co działo się u Ciebie Justyna, przez ostatnie dwa miesiące?
A: Paanie, dużo. Zacznijmy od tego, że głównie programowanie się działo. Uczyłam się dużo i pracowałam. Biegałam. Oglądałam seriale. Ogarniałam przeprowadzkę do innego mieszkania. 
Q: Co z tą przeprowadzką, jest już za Tobą?
A: Tak, na szczęście tak. Oficjalnie przeniosłam się we wtorek i od tego dnia mieszkam w Gdańsku-Oliwie. Jak na razie jest super, mimo, że dalej do morza.
Q: A jakie seriale nam polecisz?
A: Ostatnimi czasy oglądam naprzemiennie trzy: Lucifer, Ash vs Evil Dead oraz Salem. Wszystkie dotykają tematyki sił nadprzyrodzonych. Uwielbiam!
Q: Jak z Twoją formą na Runmageddon, kiedy startujesz?
A: Czy możemy pominąć to pytanie? 😀 No ok. W grudniu regularnie trenowałam i biegałam i było całkiem nieźle. W styczniu zaczęłam intensywniej pracować i wstyd się przyznać, ale głównie jadłam i siedziałam przed kompem. Carb-loading na maksa. Teraz, kiedy już mam przeprowadzkę za sobą, mogę na spokojnie wrócić na siłownię, zwłaszcza, że mam CityFit pod nosem. 
Runmageddon miał być wstępnie w styczniu, ale przenieśliśmy z kumplem start na maj (oraz czerwiec, tak przynajmniej planujemy). To będzie wegański rozpier*ol.
Teraz o tym, co będzie:
1. Myślę, że trochę zmian związanych z blogiem się szykuje. Przede wszystkim zmiana nazwy. Chciałabym odejść od tematyki stricte wegańskiej. Nie oznacza to, że zaczynam jeść mięso – o nie 😀 Po prostu, zależy mi na większej uniwersalności przekazu. Chcę, żeby nazwa była bardziej ogólna, a jednocześnie charakterystyczna. Będzie też logo – ładne 🙂
2. W tym miesiącu wrzucę recenzje dwóch książek. Jedna kulinarna, druga nie.
3. Zapragnęłam zostać modelką. Niestety, moje wymiary są nieco mniej standardowe, niż w świecie modellingu, ale od czego mamy alternatywę? Więcej na ten temat napiszę, jak będzie gotowa pierwsza sesja :))
4. Z początkiem stycznia stworzyłam sobie konto w tookapic i dzielnie wrzucam foty każdego dnia. Zerknijcie. Jestem hardkorem i podjęłam się double challenge’u – na swoim instagramie robię dokładnie to samo 😀 Po co to robię? Lubię robić zdjęcia, a tego typu wyzwania pozwalają wg mnie zauważyć więcej tego, co jest wokół nas. Skupić się na szczegółach. Zatrzymać się na chwilę.
5. Jeśli chodzi o tematykę postów na blogu, to mam w głowie następujące hasła: jedzenie / muzyka / programowanie / czarownice / feminizm / wolność / tatuaże / kolczyki / minimalizm / podróże / zdjęcia / natura.
Co myślicie o tym wszystkim? 😉