Lifebook #6

Ostatnie miesiące dla mnie to czas, który poświęciłam głównie programowaniu. Nie wszystko wyszło tak, jak planowałam, ale…jak to ja – nie poddaję się 🙂 Myślę coraz intensywniej o przeprowadzce do Berlina. Jestem zdecydowana, że to nastąpi w summer 2017, a może – jak się uda – i wcześniej. 
Gdańsk jest dość fajny. Widać, że jest biedniejszy od Krakowa i widać też, że ludzie są tutaj bardziej konserwatywni. Nie ma tu tylu obcokrajowców i różnej maści kolorowych ptaków, do czego przywykłam mieszkając 10 lat w stolicy Małopolski. Nie ma też smogu – to mnie akurat bardzo cieszy ;-). Uwielbiam mieszkać tak blisko Bałtyku i chodzę dość regularnie na plażę – zwłaszcza teraz, kiedy nie ma na niej ludzi :-D.
Jeśli chodzi o wegańskie przybytki w Trójmieście, to do znudzenia chodzę do Avocado Przymorze i Spożyvczaka (sery violife i tempeh, my love). Powoli odkrywam nowe miejsca, ale jakoś nie śpieszy mi się z tym bardzo. Będąc ostatnio w Gdyni, odwiedziłam też “I Krowa Cała”. Wizyta raczej na plus, choć gdy zobaczyłam, że do burgera dziewczyny pakują mi plaster sera z Polsoi (za który zapłaciłam 2 zł), to serce zaczęło mi krwawić. 

Ładny malunek na ścianie w I Krowa Cała

Wegański bajgiel z awokado i smażonym tofu z Rzecz Jasna. Mniam!

Zachód słońca w Nowym Porcie, dla tych chwil warto tu mieszkać 😛

Zachód słońca cd.

Pierwsza wizyta w Drukarni – bardzo dobry drip, flat white przeciętna. Wrócę tam!

Wschód słońca i poranne mgły, coś pięknego <3

Miałam przyjemność być wśród publiczności TEDx Gdynia – było niezwykle inspirująco!

Placki ziemniaczane po węgiersku w wersji wegańskiej – niebo w gębie <3

Zdjęcie z dziś – biegałam, ale na plaży było tyle muszli, że musiałam przystanąć i to uwiecznić

Klasyka – pierogi ruskie i placki ziemniaczane w Avocado Przymorze

Tak pięknie pomalowało ścianę Loft 79 w Toruniu

Spełniłam jedno z moich marzeń i zakupiłam sobie maskę Jasona Vorheesa 😉

Zimowa Gdynia – to zdjęcie z 11 listopada

Cupping w kawiarni Tłok w Gdyni – prowadził Czarny Deszcz

Bardzo smaczna, zielona herbata z kokosem – Avocado 😉

Jak nie umrzeć przedwcześnie – recenzja

Kiedy zaproponowano mi
zrecenzowanie książki “Jak nie umrzeć przedwcześnie”, to bardzo się
ucieszyłam. Z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo lubię dr Gregera – to zabawny,
mądry człowiek, który ogromnie przyczynia się do propagowania diety roślinnej.
Po drugie, zaintrygował mnie tytuł, bo najpierw zobaczyłam go w wersji
angielskiej ( “How not to die”). Wiecie, ja wierzę w to, że
niejedzenie mięsa może wydłużyć życie, ale żeby miało powodować, że nie umrzemy
w ogóle? 😉 Oczywiście wersja polska już została bardziej doprecyzowana i nie
powiem, trochę mi się smutno zrobiło, ale nie zmienia to faktu, że jest to
pozycja godna polecenia. Już piszę dlaczego.
Książka jest podzielona na dwie
części. Pierwsza omawia choroby i schorzenia – największych i najbardziej
bezlitosnych zabójców zdrowia Amerykanów i Amerykanek. Nie należy bowiem
zapominać o tym, że dr Greger jest Amerykaninem i pisze o realiach rodem z USA.
Mimo to, książka jest jak najbardziej aktualna i dla nas, ponieważ, jak możecie
się tego spodziewać, my także doganiamy naszych sąsiadów zza oceanu w kwestii
umieralności na choroby cywilizacyjne. Wydaje mi się, że nawet jeśli nie uknuto
u nas terminu podobnego do SAD (Standard American Diet), to niestety, odżywiamy
się równie smutno.  W USA dochodzi
jeszcze problem lobby mlecznego/mięsnego/Monsanto/Coca-Cola itp., na co zwraca
uwagę autor niejednokrotnie. Ciężko jest tak naprawdę walczyć z otyłością,
chorobami serca i całą plejadą problemów zdrowotnych, podczas gdy główni
winowajcy – są wspierani przez rząd i grube miliony. Z pewną pomocą przychodzi
dieta roślinna. Dr Greger w niezwykle ciekawy sposób tłumaczy, jak powstają
poszczególne choroby i problemy zdrowotne, co na nie wpływa i jak możemy im
zapobiegać.  Co wydało mi się bardzo
znaczące, to fakt, że tak wiele chorób ma swoje źródło w odżywianiu.  Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie, że te
wszystkie problemy zdrowotne są spowodowane jedzeniem produktów odzwierzęcych.
Jestem przekonana, że moje wybory żywieniowe – dieta roślinna – są słuszne, ale
ta książka naprawdę otworzyła mi oczy. 
Szczękę nie raz zbierałam z
podłogi kiedy czytałam o tym, jak produkty, których używam często, są w stanie
poradzić sobie z chociażby rakiem jelita grubego, lub o tym, jak pomagają
walczyć z depresją.  Przyznam się, że od
momentu, kiedy dowiedziałam się o tym, jakie cuda robi kurkuma – codziennie
dodaję ją do posiłków ;-). Możecie sobie pomyśleć, że dr Greger trochę
przesadza, bo przecież te warzywa i owoce nie mogą być lekarstwem na wszystko.
Autor jednakże wszystkie swoje teorie popiera badaniami naukowymi  i dorzuca masę przypisów. Wydaje się, że to
ma sens.
Część druga to zbiór informacji
na temat co jeść, jak jeść i w jakich ilościach. Całość opiera się o system
Codziennej Dwunastki stworzony przez samego autora.  W tym miejscu mogę Wam serdecznie polecić
aplikację na telefon pod tym samym tytułem (Daily Dozen).  W tej części dowiecie się, jakie są ulubione
owoce autora i dlaczego warto je jeść. Przekonacie się też jeszcze bardziej do
codziennego spożywania siemienia lnianego. Dr Greger zwraca również uwagę na
ćwiczenia fizyczne, a zwłaszcza – co było dla mnie dość zabawne – zachęca do
aerobiku ;-). 
Tak jak pisałam wcześniej –
jestem zwolenniczką diety roślinnej i myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy w
tego typu publikacjach, ale po przeczytaniu książki “Jak nie umrzeć
przedwcześnie” czuję się niesamowicie zainspirowana do dbania o swoje
zdrowie. Jeśli tylko możemy uniknąć jakieś choroby poprzez jedzenie warzyw i
owoców oraz unikanie produktów pochodzenia zwierzęcego, jeśli to ma oszczędzić
nam cierpienia i brania masy lekarstw (nie wspominając już o pieniądzach, które
trzeba na nie wydać), jeśli dzięki diecie roślinnej możemy zminimalizować nasze
szanse zachorowania na raka – to dlaczego mielibyśmy nie spróbować? My, ludzie,
niestety zazwyczaj wolimy łatwe i natychmiastowe rozwiązanie – dlatego
odżywiamy się fast-foodami i pożeramy ogromne ilości leków i suplementów.
Rozwiązanie wielu naszych problemów wydaje się jednak leżeć gdzie indziej – w
roślinach.

Moje odkrycia tygodnia

Pomyślałam sobie, że fajnie będzie, jeśli ten raz w tygodniu będę dzieliła się z Wami ciekawymi linkami, produktami, książkami czy filmami. Jednym słowem wszystkim tym, co spodobało mi się przez ostatnie kilka dni. Wszelkiego rodzaju inspiracje, które chcę dalej puścić w świat – to tu 🙂

1. Grimm i Stranger Things
To pewnie żadna nowość, tylko raczej suchar 🙂 Dwa seriale, które dość niedawno poznałam i bardzo mi spasowały. Obydwa są w klimacie Supernatural, dotykają tematyki niewyjaśnionych zjawisk różnego rodzaju. Bardzo wciągające. Osobiście nie jestem fanką seriali, ale uwielbiam horrory i dlatego też polecam 🙂 Znacie? Lubicie?
Więcej info na IMDB:
2. Mio Mio Mate Banana
Przepyszna oranżada na bazie mate, tym razem o smaku bananowym. Nie czuć w ogóle yerby, za to czuć mocno banana. Smak jest wręcz miodowy. Miałam okazję wczoraj skosztować w Avocado 🙂
O napoju poczytacie choćby tu. Oczywiście – wegański 🙂
3. Fabolous
Ciekawa aplikacja na Androida. Pomaga wyrobić nawyki. Dzieli konkretny nawyk na małe kroki i nagradza za bycie konsekwentnym. 
Aplikacja jest bardzo ładna i przyjazna użytkownikowi. Opiera się na zasadzie grywalizacji. 
Hint: nie bierzcie na siebie od razu kilku nawyków, nie da się tak szybko ogarnąć 😉
4. S Health
Kolejna przydatna aplikacja na telefon, tym razem tylko dla użytkowników Samsunga. To taki personal fitness coach. Pomaga zacząć biegać, rejestruje wszelkiego rodzaju aktywność fizyczną, monitoruje wagę, to co zjedliście, ile wody wypiliście itp. Korzystam chociażby z 10-tygodniowego planu biegowego – przyznam, że zmusza do regularnego ruszania się :))
5. Push + Pull
To nic innego jak tytuł piosenki zespołu July Talk. Wokalista ma charakterystyczny, niesamowity głos. Siedzi mi w głowie ten kawałek już parę dobrych dni 🙂 Zobaczcie teledysk – jest dziwny, taki jakiś…niepokojący.

Lifebook #5

Wracam po dłuższej przerwie. Z jednej strony miałam ręce pełne roboty – przeprowadzka i ogarnianie masy obowiązków, z drugiej strony nie miałam też zbytnio weny na pisanie. Od ponad miesiąca jestem w Gdańsku. W obecnym mieszkaniu nie mam jako tako Internetu i korzystam z mobilnego, przez to też mniej okazji było na napisanie jakiegoś posta. Dziś miałam jednak mocne postawienie, aby coś stworzyć 😉
Zdjęć trochę się nazbierało.  Trochę ciekawych wydarzeń też było. Udało mi się np. wylądować w szpitalu na parę dni z zapaleniem trzustki 😉 Jak do tego doszło?

Pokarało mnie za zjedzenie frytek z McDonaldsa a potem popicie je piwem :/ To na pewno wywołało zapalenie, i przyznaję, było dość hardkorowo. Nigdy wcześniej nie miałam problemów z trzustką i też nigdy wcześniej tak bardzo nie bolał mnie brzuch. Nigdy też nie byłam w szpitalu 🙂 ani nie miałam głodówki – miałam wrażenie, że nie da się wytrzymać bez jedzenia dłużej niż 3 godziny 😛 Da się, jakby co. Gorsza od głodówki jest dieta półpłynna. Kaszka manna na wodzie jest tak obrzydliwa, że szczerze mówiąc wolałam kroplówkę. Najśmieszniejsze były zalecenia: dieta lekkostrawna (??) i zero alkoholu. Brak procentów to nie problem, zresztą, dotychczas piłam naprawdę niewiele alko. Tylko czym jest dieta lekkostrawna na diecie roślinnej, skoro w porównaniu do diety szpitalnej (choćby chleb z masłem i serem żółtym), to tu wszystko jest lekkostrawne 😉 – i to przecież nie moja dieta spowodowała to zapalenie. Może kombo frytki + piwo, ale ile razy już się tak jadło?
Lekarze dotychczas nie rozkminili przyczyn mojego zapalenia, a ja nie tykam alkoholu, bo zwyczajnie się boję. 
Poza tym incydentem wszystko w porządku. Jaram się Bałtykiem i kiedy tylko mam chwilę to idę na spacer na plażę (15 minut :D). Obżeram się pysznościami z Avocado. Jeżdżę na rowerze. Dużo programuję.
W sierpniu zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze wegańskie wesele – było przepięknie i mega smacznie. Zobaczcie na zdjęciach. 

Jedno z pysznych dań w Avocado Przymorze <3
Z ukochanym na ślubie 🙂 Przyznam, że to był pierwszy “mój” ślub, na którym ze wzruszenia płakałam. Mega romantycznie było 🙂

Wegańskie wina 🙂

Zdjęcie z bufetu śniadaniowego w hotelu NH w Poznaniu – byłam bardzo mile zaskoczona 😉

 To jeszcze Kraków – świeżo otwarta knajpka – z całego serca polecam 🙂

Koty się polubiły 🙂 Generalnie moja Funia rządzi – to ona goni kocura, to ona sra mu do kuwety i zżera jego chrupki. #girlpower

Widok z mojego bloku <3 Tak, to morze <3

Wegański omlet z bobem w Je Sus w Poznaniu. Kocham Was!!!

Ciacho z owocami sezonowymi z Je Susa. Mniam <3

Krokiety z soczewico z Avocado. Bardzo, bardzo lubię.

Wizyta w Toruniu. Lubię czasem poczuć się jak standardowa turystka 😉

Obiad z Ciasnej – baaardzo fajnej wege knajpki w Toruniu. Mój M chodzi tam regularnie 🙂

To jeszcze a propos mojego ukochanego. Taki obiad mi zrobił i przywiózł na pkp w Toruniu, kiedy jechałam pociągiem 8 h (z Katowic do Gdańska) i zapomniałam na peronie reklamówki z jedzeniem <3

Poziomki z ogrodu Marcina. MARZĘ o własnym ogrodzie!

Tort weselny – oczywiście wegański :))

Czekolada też wegańska :)))

Monika postawiła to lustro chyba do robienia selfie :))

 Śląski obiad w wersji roślinnej – pieczeń (z seitana), sos, dwa rodzaje klusek, pieczone ziemniaki i warzywka. Przepyszne było.

Ostatnie większe zakupy z Biedronki. Ten chia pudding paskudny, nie kupujcie. Spody do pizzy polecam, chrupki też niezłe. Zupa dyniowa bardzo smaczna, woda brzozowa jest bez cukru – to się chwali. Krem speculoos ciągle czeka na spróbowanie:)

 Takie morze kocham. Tu jest mi dobrze 🙂

 Fajnie zapowiadające się, choć zbyt drogie, mieszkanki ziaren z ryżem. Ktoś próbował?

To gąsienica :)) 

Ten batonik smakował tak, jakbyście zrobili puree i wysuszyli. Dziwne, choć niezłe.

Zachód słońca – zaliczony.

 Gdynia Orłowo w deszczu – kocham, kocham, kocham!

Wegański tort kakaowy z truskawkami

To nie jest zdrowy przepis (jeśli o takim marzycie, to zerknijcie chociażby na ten). Jest w nim cukier, biała mąka, masa tłuszczu i ogólnie – poza kakao i owocami, to chyba wszystko jest uważane za niezdrowe 😉 Nie jest to w tym momencie istotne. Uważam, że są chwile, czy wydarzenia w naszym życiu, kiedy warto taki tort przygotować i zjeść. Nie wierzę, że ktoś będzie w stanie zjeść go samodzielnie, dlatego polecam zorganizować jakąś imprezę, zanim go upieczecie 😀
Dla mnie zrobienie tego ciasta było przełamaniem stereotypów na temat kuchni wegańskiej. Dlaczego? Bo weganizuję tutaj klasyk – tort z kremem, wszechobecny na wszystkich ślubach i komuniach. Takiego deseru ja osobiście nigdy nie lubiłam, bo zawsze wydawało mi się za tłuste. Ten tort robiłam akurat na zamówienie dla znajomego, myślę, że sama bym się na ten poziom cukru nie skusiła 🙂 Nie zmienia to faktu, że zrobienie wegańskiego biszkoptu to bułka z masłem. Krem w wersji roślinnej to również nic trudnego, pod warunkiem, że mamy margarynę alsan. 

Nie mogę tutaj nie wspomnieć o tym, że wielką pomocą w tym przepisie był blog Wszystko jest w głowie <3
Do dzieła!
Na początku zaznaczę, że biszkopt należy upiec dzień wcześniej. Jeśli nie odczekacie, to ciasto będzie za miękkie i się rozwali podczas krojenia 🙂 
wegański tort z kakaowym kremem i owocami
ciasto:
– 2 szklanki mąki pszennej tortowej

– 2 łyżeczki proszku do pieczenia

– 3/4 szklanki cukru

– szczypta sol

– 1 torebka cukru waniliowego

– 1/2 szklanki oleju

1 szklanka mleka roślinnego

1 łyżeczka sody oczyszczone

– 2 łyżki soku z cytryny
krem:
2 kostki margaryny wegańskiej Alsan
400 g cukru pudru
1/2 szklanki kakao
dodatkowo:
owoce do przybrania – truskawki, maliny, jagody, co tylko lubicie
  
W szklance mleka roślinnego rozpuszczamy sodę i dolewamy sok z cytryny. W misce łączymy wszystkie pozostałe składniki suche (mąka, proszek do pieczenia, cukier, sól, cukier wanilinowy). Dolewamy mleko i olej i szybko mieszamy całość. Przelewamy do formy i pieczemy 45 minut (180 stopni).

Następnego dnia biszkopt kroimy na pół – wzdłuż, tak, żeby mieć dwie części. Jeśli Wam urósł bardziej, możecie pokusić się o trzy części – ja wolałam nie ryzykować 🙂
Autorka Wszystko jest w głowie wspomina jeszcze o nasączaniu biszkoptu – ja tego nie robiłam, ale Wy możecie nasączyć np. wodą z cukrem i sokiem albo wódką – taka rada z bloga.

Robimy krem:

Margaryny wyciągamy z lodówki, żeby trochę zmiękły, następnie ubijamy powoli z cukrem i kakao za pomocą miksera. Lepiej powoli, bo wyższe obroty mogą spowodować zwarzenie się kremu. Ja ubijałam jakieś kilka minut. Krem jest obrzydliwie słodki i tłusty, ale do ciasta idealny 😀

Krem nakładamy na dolną część biszkoptu, jest go dość dużo, więc nie musicie żałować. Można podzielić całą masę na trzy części: dół, góra i boki – jeśli obawiacie się, że Wam nie wystarczy. Mi jeszcze trochę zostało. Po nałożeniu tej warstwy ja pokroiłam truskawki na plasterki, można też rozsypać tam jagody lub maliny, lekka kwaskowatość przełamie słodycz kremu. Górę ciasta od środka też posmarowałam kremem i nałożyłam na dół, lekko przyciskając. Następnie należy posmarować górę oraz boki ciasta. Postarajcie się ładnie rozsmarować masę nożem, w miarę równo. Na całość nakładacie ozdoby – owoce, można dać orzechy, wiórki kokosowe i tak dalej. Ozdabiajcie według swojego uznania 🙂 Po skończeniu ciasto należy schłodzić w lodówce i tam trzymać do momentu podania. Krem przez to się nie rozleje i będzie można kroić.
Generalnie ciasto jest pyszne, ale mocno zapychające 🙂 Smacznego!

Lifebook #4

Powiem Wam, że ten czas zapieprza jak głupi. Ani się człowiek obejrzy, a tu już koniec czerwca. U mnie dużo zmian – jak zwykle 😀 Uwielbiam zmiany, czuję się w nich jak ryba w wodzie. Uwielbiam też planować, i realizować zaplanowane wcześniej działania. 
Najbliższe miesiące będą dla mnie bardzo intensywne, wręcz szalone. Cóż takiego się dzieje? Ano, wyprowadzam się z Krakowa po 10 latach mieszkania tutaj! 😀 Moim kolejnym miastem będzie Trójmiasto, a w zasadzie to Gdańsk. Bardzo zależało mi na tym, żeby uciec z Krakowa jeszcze w tym roku. Cudownie się złożyło, że zmieniam pracę, a firma, do której się przenoszę ma biura w kilku miastach w Polsce, w tym nad morzem. Jako że kocham polskie morze, mój wybór nie mógł być inny. Jak wiecie pewnie, każda przeprowadzka to dość duże wyzwanie logistyczne, kiedy nie ma się auta, a wyprawa na drugi koniec kraju, jeszcze z kotem, to już istne wariactwo :)Obecnie jestem na etapie pozbywania się rzeczy z obecnego mieszkania, tak, żeby przewieźć tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne. Wyjadam też zapasy jedzenia – kasz, fasol, płatków owsianych, wypijam herbaty. Do Gdańska zawiezie mnie kuzyn, ale jego samochód osobowy ma ograniczoną pojemność, więc przede mną dużo roboty. Nie biorę żadnych mebli – materac, biurko i krzesło sprzedaję/oddaję za friko, pozostaje jedynie drapak koteła, który mam nadzieję pięknie złożyć. Tak czy inaczej dygam się, że się nie zmieszczę 😀 Aha, jednocześnie szukam mieszkania w Gdańsku, spotykam się pożegnalnie ze znajomymi krakowskimi i powoli przygotowuję się do Runmageddonów 🙂 Crazy, crazy is my life…

W tym miesiącu nie gotuję praktycznie w ogóle, bo chodzę na obiady do knajpy, korzystając z karty benefit lunch. Do kucharzenia powracam w lipcu – ale będę wyjadać zapasy, więc jedzenie będzie mega proste. Kasze/ryże/fasole + warzywa. Na śniadanie jem teraz owsiankę (daktyle, rodzynki, goji, nerkowce, masło orzechowe, czekolada, owoce), na obiad będą zapasy (będę chciała jak najwięcej surowizny tu dorzucić), a kolacja u mnie to przejaw nieustannej słabości do pieczonych ziemniaków, do których dorzucam tempeh, kalafior czy pieczarki.
Poniżej parę zdjęć z ostatnich dwóch miesięcy 🙂
Przegenialne paluszki z selera w cieście ciecierzycowym od Tofu Bistro – Veganmania Katowice

Spełnienie moich wegańskich marzeń o roślinnym serze pleśniowym, czyli Serotonina <3

Moja kotula <3

Męska półka w sklepie z eko i wegańskim obuwiem – Fairma – ul Dajwór w Krakowie

Gumowe sandały, myślę o nich ciągle 🙂

Selfiacz z balkonu :))))

Jedzenie moich marzeń – pieczone ziemniaki i kalafior na parze

Ostatni nabytek do drippa. Uwielbiam alternatywne parzenie kawy – jestę hipsterę 😉

Zdjęcie kiepskie, ciemno było – ale, ale..świetny koncert folkowego zespołu Zawiało 🙂

Takie mam poranki 🙂 Nie patrzcie na bałagan w tle 😀

Kalafiorex z wegan bekonem. Umarłam i jestem w niebie.

Penne putanesca w wersji wege

Znowu! Ziemniaki pieczone z kalafiorem i pieczarkami <3

Przepyszne piwo pszeniczne z browaru w knajpie Plac Nowy 1

Ramen w wersji wegańskiej (bez wołowiny), ale czad!! Czosnkowo <3

Zakupiłam sobie nowe pojemniczki na jedzenie, zakochałam się w ich wyglądzie 🙂

Nie kupujcie, paskudne 🙂

Owsianka z brzoskwiniami

Zakupy z EkoPasaż Helfy – mniam 😀

Kasza bulgur, gotowany na parze kalafiores i tempeh – mogę jeść tylko to 🙂

Banalne babeczki czekoladowe. Dorzuciłam nerkowce i gorzką czekoladę z malinami

Makaron z warzywami: bób, cukinia, pomidory, do tego boczniaki i płatki drożdżowe
 

Minimalistyczne brownie + co u mnie słychać

Cześć i czołem!
Zauważyliście już może, że nie kontynuuję cotygodniowych podsumowań treningowych. Już tłumaczę, dlaczego. Nie wystartowałam w Runmageddonie ani w maju, ani nie pobiegnę w czerwcu. Mój sparingpartner 😉 się rozchorował i nie da rady powalczyć w najbliższym czasie, a ja nie chcę biec bez niego. W związku z tym, ciśnienie na super regularnie treningi i ostre przygotowania gdzieś się rozmyło. Nie oznacza to oczywiście, że tylko siedzę na tyłku i żrę ziemniaki. To drugie to prawda, ale mniejsza o to 🙂
Jeśli chodzi o moją aktywność fizyczną to głównie rower do pracy i z powrotem (20 km dziennie), challenge przysiadowy (jestem gdzieś na 20 dniu, obecnie 190 przysiadów) i joga (Yoga with Adriene, polecam obczaić na YT) – w miarę możliwości codziennie. Od tygodnia mam krótką przerwę od jakichkolwiek ćwiczeń z powodu tatuaży. Przyznaję, robienie dwóch dość dużych dziar w niewielkim odstępie czasowym trochę mnie wymęczyło i obniżyło odporność. Obecnie okropnie męczy mnie suchy, paskudny kaszel. Jeśli macie jakieś sprawdzone patenty, chętnie poczytam.
Myślę że gdzieś za tydzień wracam na rower i całej reszty, muszę jedynie poczekać, aż udo się zagoi. Gdzieś po głowie chodzi mi też powrót na boks i pole dance, ponieważ tego typu zajęcia prowadzone są w okolicy mojego obecnego miejsca pracy.
Co do Runmageddonów – przesunęliśmy nasze starty na jesień. Planujemy 3.09 pobiec 12 km w Myślenicach, a w październiku zmierzyć się z Hardcorem na Śląsku (ciągle jeszcze nie wierzę, że to mówię :D).  
Ostatnie dni żyłam przede wszystkim tatuażami. Mogę pochwalić się pięknie ukwieconym prawym ramieniem i (nieco jeszcze czerwonym i spuchniętym) udem w szarościach (jest tam motyw muerki, czaszka, odwrócony krzyż, i takie tam :D). Jak tylko wszystko będzie zagojone, to pochwalę się i tutaj, a na razie możecie obejrzeć kwiaty na moim fejsie. Jeśli poszukujecie kwiatowych, zwierzęcych, realistycznych tatuaży, to polecam Marzana (studio Sauron Tattoo w Rudzie Śląskiej) – weganina z ponad 20-letnim stażem, przecudownego człowieka i mega zdolnego tatuażystę. 
Myślę o wpisie na temat wegańskich tuszy 🙂 
Dziś upiekłam rewelacyjne mini – brownie. Opierałam się na przepisie z mojej ulubionej strony Minimalist Baker, lekko zmodyfikowałam u siebie. 
minimalistycznie brownie (9 sztuk)
3/4 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki kakao
3/4 szklanki brązowego cukru lub 1/2 szklanki ksylitolu
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
2 kopiaste łyżki nierafinowanego oleju kokosowego
1/2 szklanki wody
3-4 łyżki zmielonego siemienia lnianego, woda (ok 1/4 szklanki) – do zrobienia “jajka”
Do miski wsypujemy siemię, zalewamy wodą i ubijamy przez chwilkę. Dodajemy resztę suchych składników. W międzyczasie roztapiamy olej kokosowy i też dodajemy. Mieszamy całość i stopniowo dolewamy wody. Masa ma być bardzo gęsta. Przekładamy łyżką do foremek do muffinek (u mnie każda z foremek była wypełniona w ok 3/4)  i pieczemy 22 minuty w 200 stopniach. Zostawiamy w piecu do ochłodzenia. 
Brownie są chrupiące z góry i wilgotne w środku. Idealne <3

Edamame Vegan Sushi – recenzja

Na początku tego roku na ulicy Wilczej 11 w Warszawie powstało kolejne miejsce z jedzeniem, które napawa wszystkich roślinożerców nadzieją na lepsze czasy. W zeszłą niedzielę miałam ogromną przyjemność zobaczyć ów przybytek i skosztować tego, co najlepsze w menu. Wyznam Wam już na początku – zakochałam się w tym miejscu. 
Proszę Państwa, przed Państwem Edamame – pierwsze w Polsce wegańskie sushi!
Na swojej stronie piszą, że ich kuchnia jest w 100% wegańska, w 100% elegancka i w 100% zdrowa. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Osobiście zwróciła moją uwagę chyba najbardziej elegancja i piękno z jakimi to wszystko, co jadłam zostało podane. Każda rzecz była niezwykle kolorowa i starannie przygotowana. Na początku zostaliśmy uraczeni kombuchą – to napój z grzybka kombu, który smakuje w sumie jak lemoniada. Bardzo spasowała mi wersja z dodatkiem klonu, była nieco cytrusowa, obie wersje świetnie gaszą pragnienie. 
 

Zaraz po tym na stół wjechało edamame – czyli nic innego, jak młoda soja w łupinach 🙂 Delikatnie posypana solą stanowiło to świetną przekąskę. 

Kiedy byliśmy już lekko zapchani fasolką, otrzymaliśmy danie główne do testowania – przepyszny i przepięknie wyglądający set sushi. Na zdjęciu poniżej widzicie od lewej:

– boczniak w tempurze – ogórek – awokado – sos teriyaki – sos chilli – sałata – sezam
– pak choi w tempurze – awokado zawinięte w grilowanego bakłażana z sosem teriyaki, sezamem i żurawiną
– tofu wędzone – szczypiorek – szparag – awokado

Jak widzicie, wszystko wyglądało cudownie, a smakowało nieziemsko. Nawet mój ukochany, który zawsze od sushi uciekał, tym razem jadł ze smakiem. Byłam na początku przerażona, że wszystko mi zje 😉 ale okazało się (na szczęście), że podzieliliśmy się mniej więcej po równo kawałkami.  
Oczywiście sushi zostało podane tak, jak należy: z miseczką na sos sojowy (sosów sojowych na każdym stole są 3 rodzaje – zwykły, o obniżonej zawartości sodu i bezglutenowy), marynowanym imbirem w dwóch kolorach i moim ukochanym wasabi. Uwielbiam, kiedy ostrość wasabi wchodzi do nozdrzy :-D, jest to zupełnie inne uczucie, niż podczas jedzenia papryczki chili (wtedy pali w przełyk, nie lubię).

Kiedy już byliśmy naprawdę najedzeni, otrzymaliśmy kolejny talerz (na szczęście ostatni – bo nic więcej byśmy nie zmieścili, mimo, że oczy chciały jeść non stop). Na zdjęciu widzicie:
– szparag – chilli (i chyba coś jeszcze, ale nie zapisałam)
– shisho w tempurze – papryka zawinięta w awokado i sezam (tak przynajmniej pamiętam ;)) 

I zgadnijcie co? To sushi po prawej stronie okazało się być tym, które mi chyba najbardziej smakowało, a wszystko dzięki maślanemu awokado. Genialne.  W ogóle to wszystko było przepyszne. Odniosłam wrażenie, że składniki są bardzo dobrej jakości i co ważniejsze – ktoś miał niesamowitego nosa, jak je dobrać ze sobą.  

W ogóle, to ekipa pracująca w Edamame to mega fajni ludzie. Obsługiwała nas sympatyczna, wytatuowana dziewczyna, którą polubiłam z miejsca. Szef kuchni zdradził, jak prawidłowo jeść sushi. Czułam się, jakbym była stałym klientem. I pewnie bym była, gdybym mieszkała na co dzień w Warszawie, bo ceny, jakie proponuje Edamame są na każdą kieszeń. Zapomnijcie o drogim sushi dla hipsterów. Tu możecie zjeść takie pyszności za grosze.
Podsumowując, mogę Wam powiedzieć jedno: MUSICIE TAM IŚĆ. Pyszne jedzenie i świetna atmosfera. Takich miejsc nam trzeba. Kiedy jakaś gwiazdka Michelin?? 🙂
Nie zapomnijcie o odwiedzeniu ich strony internetowej, swoją drogą bardzo dobrze zrobionej oraz zalajkowaniu ich profilu na FB

10 produktów, które jem na okrągło

Chyba każdy ma swoich faworytów, jeśli chodzi o jedzenie. Bez względu na to, jaką dietę stosuje. Bo czym w ogóle jest dieta? Cały czas słyszy się o “diecie wegańskiej”. Czy to znaczy, że ktoś na takiej diecie się odchudza? 🙂 Nie, a przynajmniej zazwyczaj nie. Dieta to chyba przede wszystkim sposób odżywiania się, niekoniecznie mający na celu zgubienie paru kilogramów. Dieta wegańska to synonim diety roślinnej. Plant-based diet. Moje ulubione określenie. Samej takiej diety jest kilka, jeśli nie kilkanaście wariacji – surowa, wysokowęglowodanowa, niskotłuszczowa i tak dalej. 
Szczerze mówiąc, boję się skrajności w odżywianiu. Moje menu jest proste, wręcz banalne. Sama gotuję łatwe i raczej szybkie potrawy. Kiedy jestem w restauracji, lubię dziwaczyć. Uwielbiam próbować nowych smaków, szczególnie upodobałam sobie podróbki produktów odzwierzęcych. Kocham kuchnię azjatycką. Jestem fanką ziemniaków i oddam dużo za smak letnich pomidorów. Are you feeling me?
Zapraszam do przeczytania mojej listy top 10 produktów, które zżeram/spijam regularnie.
1. Ziemniaki
No, a jakby inaczej? Jem je praktycznie codziennie. Najczęściej w postaci pieczonych frytek, z odrobiną oleju, solą i innymi przyprawami. Nie lubię gotowanych. Oddam królestwo za dobre placki ziemniaczane. Podobno jestem żywym przykładem na to, że ziemniaki nie tuczą 🙂 Trust me, jem ich dużo
Ziemniaki słyną z tego, że są super bogate w witaminę C. Dodatkowo to źródło potasu, magnezu, wapnia, żelaza i fosforu. Są niskokaloryczne i lekkostrawne. Zasadotwórcze. Oczywiście najwięcej dobroci jest tuż pod skórką, więc lepiej jej nie obierać.
2. Wielka warzywna czwórka
Jeśli robię coś z warzywami na ciepło, to możecie mieć pewność, że użyję właśnie tych. Pomidor, pieczarki, papryka i cukinia. W lecie pyszne leczo, w zimie rozgrzewający gulasz. Każde z tych warzyw to bomba witaminowa. Mogę jeść je non-stop.
3. Płatki owsiane
Owsianka to jedno z dwóch moich propozycji śniadaniowych. Gotuję płatki owsiane górskie na wodzie, z odrobiną soli, kurkumą, rodzynkami lub daktylami i słonecznikiem. Czasem dodaję wiórki koko. Po nałożeniu do miski do środka wkładam łyżkę masła orzechowego, parę kostek gorzkiej czekolady, świeże owoce (banan, czasem kiwi lub truskawki), polewam syropem klonowym i posypuję chia lub zmielonym siemieniem lnianym. Powiecie, że masa kalorii? W du…żym poważaniu mam kalorie 🙂
4.  Banany
To chyba mój ulubiony owoc. Mogę zjeść zawsze i wszędzie. Dodaję do koktajli i ciast. Banan jest sycący i odpowiednio słodki. Idealny posiłek przed- i potreningowy 🙂 
5. Kiszony (+ małosolny) ogórek i kiszona kapusta
Uwielbiam kiszonki. Ogórek kładę na chleb i do sałatki, kapustę jem samą lub do obiadu. Naturalne źródło odporności. Pamiętajcie, że wybieramy kiszone, a nie kwaszone. 
6. Czosnek
Przyprawa, którą dodaję wszędzie, z wyjątkiem ciast 😉 Bardzo, ale to bardzo lubię ten smak. Najchętniej dodaję go do wszelkiego rodzaju duszonych warzyw, gulaszy, na pieczony chleb, do sosów. Pewnie wiecie, ale to naturalny antybiotyk – działa antybakteryjnie. 
7. Dobry chleb
Co to znaczy dobry chleb? W moim przypadku to taki na zakwasie, idealnie bez drożdży. Żytni. Ciężki. Wilgotny. Z ziarnami. Z chrupiącą skórką na zewnątrz. Taki chleb mogę jeść codziennie. Maczam go w ulubionej oliwie lub oleju rzepakowym, na to pomidor lub ogórek kiszony. Niebo w gębie. Nie wierzcie ludziom, którzy mówią, że chleb jest niezdrowy i tuczy. Dobry chleb jest…dobry 🙂
 
8. Woda
Kiedyś uwielbiałam wodę gazowaną. Teraz piję ją od święta, a na co dzień korzystam z filtra i piję kranówę. Kocham też jasnoniebieską Piwniczankę <3 Staram się pić te przepisowe 2 litry dziennie. Dlaczego? Bo myślę, że moje ciało tego potrzebuje. Czuję się lepiej, kiedy piję dużo wody. Rozpoczynam dzień od przynajmniej kilku łyków. Dążę do tego, by przed pierwszym posiłkiem wypijać 0,5 litra wody. Woda oczyszcza, dodaje energii. Pomaga pracować lepiej naszym nerkom. Dodaje skórze blasku, napina ją pięknie.

9. Zielona herbata
Oczywiście bez cukru. Bardzo pasuje mi jej smak. Obecnie rozkoszuję się herbatą firmy Clipper, którą otrzymałam od koleżanki. Zielona herbata to masa antyoksydantów. Dzięki niej będę młodsza 😀 a tak na poważnie, to ma dużo fajnych właściwości. Garbniki, które mają działanie antynowotworowe. Fluor i witaminy C, E oraz B. Podobno wspomaga odchudzanie. Działa moczopędnie, co przyspiesza wydzielanie toksyn. Ogólnie jest cudowna 🙂
Polecam Wam pić herbaty liściaste, bo przede wszystkim są smaczniejsze. Mają też więcej dobroczynnych właściwości. Dodatkowo większość torebek jest bielona chemicznie i ma w sobie dużo dziadostwa.
10. Soczewica czerwona
My weganie, i zresztą nie tylko my, powinniśmy jeść strączki. Na nasze nieszczęście większość fasol trzeba najpierw długo moczyć, a potem długo gotować. Z pomocą przychodzą puszki lub soczewica czerwona. Kocham ją! 😀 Najbardziej smakuje mi taka rozgotowana, w formie gęstego dhalu, lub też jako zupa gęścioch. Robię z niej też naleśniki a la masala dosa (bez ryżu). Jeśli ktoś Was zapyta, skąd bierzecie białko – to odpowiedzcie – z soczewicy, bo ma go dużo 🙂 Poza białkiem, znajdziecie w niej jeszcze kwas foliowy i potas w dość dużych ilościach. 
Zawiera potas, żelazo i magnez oraz witaminę A, C, K, PP i B1, beta karoten.

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/Cukinia-wartosci-odzywcze-i-przepisy-na-dania-z-cukinii_34738.html

Zawiera potas, żelazo i magnez oraz witaminę A, C, K, PP i B1, beta karoten

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/Cukinia-wartosci-odzywcze-i-przepisy-na-dania-z-cukinii_34738.html

Zawiera potas, żelazo i magnez oraz witaminę A, C, K, PP i B1, beta karoten

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/Cukinia-wartosci-odzywcze-i-przepisy-na-dania-z-cukinii_34738.html

Jakich Wy macie faworytów? 🙂

Lifebook #3

Przyznaję, ten weekend spędziłam dość leniwie, ale jest mi z tym doskonale. Miałam wolne w piątek, bo moja kicia coś jeść nie chciała od wtorku i się o nią martwiłam. Przy okazji użądliła ją osa/pszczoła i musiałam dokonać operacji wyciągania żądła z nosa 😀
Nie ćwiczyłam też za wiele, poza jazdą na rowerze do pracy praktycznie codziennie, bieganiem w sobotę i przysiadami (wczoraj i dziś). Buuu! Obiecuję poprawę.
Myślę też intensywnie nad tatuażami, które będę mieć robione w maju. To już za 3 tygodnie :-)))))))))) Pierwszy to pół rękawa w kwiatach łąkowych – zastanawiam się, czy by jednak nie robić tego od łokcia w dół, a nie w górę. Może jak zacznę od nadgarstka, to łatwiej będzie potem dorobić coś u góry? Hm? Ma ktoś doświadczenie w robieniu rękawa? 🙂 Co do drugiego tatuażu -będzie udo/uda, zależy jak się uda 😀 Mega podobają mi się obrazy Sylvii Jii i na pewno chcę coś w tym stylu <3

Wegański bibimbap z Oriental Spoon. PYYYCHA

Mój nowy ulubiony batonik – seria Dobra Kaloria <3 Genialny skład.

Super fartuch pani z Oriental Spoon <3

Hydrolat różany z The Secret Soap

Tydzień hiszpański w Lidlu 🙂 Karczochy, które uwielbiam!

Leniwa kawa z drippa w Tekturze 🙂

Olejek arganowy 100% z The Secret Soap. Planuję używać jako kremu na noc. Podobno ma super właściwości – zdam relację za miesiąc 😉

Moje dzisiejsze śniadanie: placuszki kokosowe (ciasto takie jak na naleśniki, tylko gęstsze + wiórki) z owocami i syropem klonowym <3

Przekąska kukurydziana z Lidla (Tydzień hiszpański). Tak wiem, olej palmowy.

Mój ukochany płyn micelarny z Rossmanna – wegański 🙂 genialny dla mojej skóry.

W zeszłą sobotę współorganizowałam warsztaty z programowania dla kobiet. Super było!

Takie piękne tulipany zostały posadzone na Plantach <3

Tęcza po burzy w zeszłą sobotę w Krakowie. Mega romantyczne 😀 Ja i mój rower 😛

Odkrycie tego miesiąca – wegańskie śledzie robione przez genialne dziewczyny z Umami – załatwiłam u nich catering na warsztaty – oczywiście 100% vegan 😀 Te śledzie niebezpiecznie smakują TAK SAMO jak śledzie, a są z pieczarek. WTF? Nieważne, i tak je kocham!